wtorek, 30 sierpnia 2011

Owoce Drogi

(Jr 1,17-19)
Pan skierował do mnie następujące słowa: Przepasz swoje biodra, wstań i mów wszystko, co ci rozkażę. Nie lękaj się ich, bym cię czasem nie napełnił lękiem przed nimi. A oto Ja czynię cię dzisiaj twierdzą warowną, kolumną żelazną i murem spiżowym przeciw całej ziemi, przeciw królom judzkim i ich przywódcom, ich kapłanom i ludowi tej ziemi. Będą walczyć przeciw tobie, ale nie zdołają cię [zwyciężyć], gdyż Ja jestem z tobą - wyrocznia Pana - by cię ochraniać.

Szukałam jakiejś inspiracji, która pomogłaby mi dostrzec owoce Drogi, którą przeszłam w ostatnim czasie. I uważam, że przytoczony powyżej fragment czytania z dzisiejszego dnia jest tutaj czymś doskonałym.
Camino de Santiago było dla mnie drogą nie do końca rozpoczętą, czy też zakończoną czymś jednoznacznym i konkretnym. Bynajmniej nie potrafię uznać tegorocznego Camino za coś oddzielnego, nie powiązanego z drogą przebytą w zeszłym roku. Jest to dla mnie jakaś ciągłość, kontynuacja, która umożliwiła mi dopiero teraz jakieś dopełnienie i zamknięcie pewnego bagażu problemów i myśli niesionych przez cały ten szmat czasu i kroków w kierunku Santiago de Compostella. Czy szłam o przebaczenie grzechów? O odpust zupełny? Czy może o oczyszczenie umysłu ze zbędnego balastu myśli i chaosu dnia codziennego? A może po prostu chciałam wyciszyć się, uspokoić, zatrzymać na chwilę w rzeczywistości całkowicie innej niż ta, w jakiej skręcam się i uwijam na codzień?

Myślę, że sponrtaniczną decyzję o podjęciu się Drogi podjęłam ze wszystkich tych powodów. I uważam, że był to jeden z najlepszych dokonanych przeze mnie życiowych wyborów.
Czego się nauczyłam?
Kilometry spokojnych kroków, oddechów i rytmu serca. Rozmowy. Modlitwa samym tylko poruszaniem się- modlitwa każdym ruchem, każdym krokiem, bólem pleców, czy stóp, wielbienie Boga - Stworzyciela każdym spojrzeniem oczu na świat i na Ludzi. Dobroć i zaufanie. Rozmowy, poznawanie, samotność.
To wszystko dało mi tak wiele, tak niezwykle.
Chciałabym podsumować wszystkie myśli, wszystkie przekonania, stwierdzenia, wszystko to czego nauczył mnie ten niezwykły czas.

Nauczyłam się czegoś o kobiecości.
Nauczyłam się o wyborach i podejmowaniu decyzji.
Nauczyłam się o życiu pełnią, przebaczeniu sobie i innym, chodzeniu własną drogą.
Nauczyłam się o nieplanowaniu z ufnością, nadzieją do ludzi.
Wielu rzeczy nauczyłam się sama.
Jeszcze więcej dowiedziałam się od innych.

-Kiedy myślisz, że jest już zbyt późno aby coś zrobić, jest to najlepszy moment, aby zacząć to robić.
-Trzeba zawsze wierzyć w ludzi i mówić im, że są w stanie zrobić to, czego pragną. Bez względu na to, jak bardzo nieprawdopodobne się to wydaje - trzeba wierzyć w to, że marzenia innych ludzi mogą się spełnić, mówić im że są w stanie pokonać siebie i zrobić coś czego pragną nawet jeżeli wewnętrznie się w to niedowierza.Nigdy nie można powiedzieć człowiekowi, że nie da rady zrobić czegoś o czym marzy!
-Pozwalać sobie na marzenia. Nic tak nie rozwija jak marzenia, nic tak nie uświadamia nam naszych najgłębszych pragnień. Nic nie uczy nas tego kim jesteśmy tak celnie jak to, o czym marzymy. Nie można bać się marzyć. Bo choćby się nawet nie spełniły, to jednak nie wolno pod żadnym pozorem ich w sobie zabijać czy też nawet nie dopuszczać ich do siebie z lęku o to, żeby zdruzgotane marzenia nas nie przygniotły. Tak na prawdę najbardziej przygniata człowieka brak marzeń. Muszę nauczyć się marzyć!
-Wyrzucić do rzeki, uczynić żeby nie istniało- tak mądry Japończyk postępuje kiedy drugi człowiek go zrani lub skrzywdzi. Przebaczenie to dla nich uczynienie rzeczywistości i relacji tak, jakby to co miało miejsce nigdy nie istniało.
-Kobiecość jest pięknem wynikającym z harmonii duszy i ciała kobiety, z pogodzenia się z tym kim jest i jaką rolę pełni jako kobieta. Piękno jest harmonią, harmonia jest pięknem.
-Jestem pięknym człowiekiem przez wartość, jaką w sobie noszę. Zabieganie o wygląd zewnętrzny jest jedynie kroplą w oceanie Człowieczeństwa, doświadczenia i pracy nad sobą. Noszę w sobie piękno nie do opisania nosząc w sobie bycie Ludzkim Człowiekiem, istotą czującą, słuchającą, łagodzącą i pouczającą. Będąc człowiekiem- słowem, człowiekiem- radą, człowiekiem uwrażliwiającym na otaczające piękno stworzenia. Jestem kobietą. To jest własnie moja definicja, właśnie tym chcę być, tym chcę zostać w przyszłości. A cały zawodowo - edukacyjny aspekt mojego życia jest jedynie minimalnym fragmentem tego kim jestem.
-Przyjęcie Jezusa Chrystusa w Eucharystii jest zaproszeniem Go do domu, do namiotu odrzuconej kobiety z proroctwa Ezechiela. Po hiszpańsku mówi się :"Panie nie jestem godzien abyś wszedł do mego domu, ale powiedz tylko słowo a będzie uzdrowiona dusza moja."
-Ufam ludziom. Ta ufność nie jest zła i naiwna. Jest naturalnym pragnieniem większości ludzi, jest czymś do czego powinno się dążyć. Pranę być takim człowiekiem, żeby ludzie którzy staną na mojej drodze mogli dzięki mnie uwierzyć, że są na świecie ludzie bezinteresowni i dobrzy, ludzie którym można zaufać. Na prawdę chcę taka być!
-Najtrudniejszym etapem w podjęciu się jakiegoś nieprzeciętnego zadania jest zdecydowanie się na to i uczynienie tej decyzji nieodwracalną. Każdy kolejny krok to już mało istotna konsekwencja podjętej decyzji.


To tylko część, kropla w morzu, ziarnko piasku na pustyni. Jedynie fragment, wycienek tego wszystkiego co mnie spotkało, dotknęło, co udało mi się zrozumieć. Jakieś minimalne, zarysowe podsumowanie, takie najwyraźniej widoczne, najdojrzalsze owoce spośród tych, jakie jak na razie wydało w moim życiu Camino. Jakie będą pozostałe? Nie wątpię ani przez moment, że będzie ich jeszcze wiele. Bo Camino się nie kończy. Ono po prostu nie potrafi się skończyć. To jest życie, takie życie w skróconej okrojonej formie życia. Ale życie w pełni. Jak kwiat wiśni - sakura.

poniedziałek, 1 sierpnia 2011

Z innej perspektywy

Ta sama sytuacja co w majowym poście, tylko opisana z innej perspektywy. Jezus po rozmnożeniu chleba, zanim odprawił tłumy, kazał uczniom wypłynąć na jezioro. Chciał w końcu zostać sam, rozważyć tajemnice śmierci Jana, przemyśleć wszystko to, co się stało. Chciał porozmawiać z Ojcem o tym wielkim cudzie jakiego dokonał, o tym ostatnim owocu śmierci Jana Chrzciciela. Rozmnożył chleb. Ci wszyscy zebrani ludzie, głodni i oczekujący a potem syci i gotowi obwołać Jezusa królem nie mają jeszcze pojęcia czego zapowiedzią był ten cud. Nie istnieje jeszcze dla nich analogia rozmnożenia chleba do niekończącego się dzielenia Ciała Chrystusa, którym karmieni są wszyscy i nigdy tego przenajświętrzego pokarmu nie zabraknie. To samo można odnieść do manny na pustyni, która izraelitów karmiła każdego dnia przez czterdzieści lat. Tęsknili oni za innymi pokarmami, buntowali się, ale ten pokarm był realny, absolutnie darmowy i stanowił dodatek do jakże cennej wolności.
Jezus poszedł się modlić na górę. Sam. Ciekawe co takiego jest w modlitwie na górze. Rozumiem, ze jest to swoisty symbol bliskości Boga i przebywania z nim w intymnej więzi, takiej rozmowy w cztery oczy z Najwyższym. W zasadzie to chciałabym kiedyś wyjść na wysoką górę i modlić się będąc tam całkiem samą. Może rzeczywiście możliwe jest wówczas nawiązanie z Bogiem lepszego kontaktu własnie dzięki temu poczuciu ludzkiej samotności i jednoczesnej obecności Boga. Na prawdę ciekawe...
Jezus się modlił, zaś apostołowie tymczasem płynęli łodzą. Zapadł zmrok. Łodzą miotały fale w tym czasie kiedy Jezus modlił się na górze. To trochę tak, jaby w tym konkretnym momencie uczniowie znaleźli się w jakiejś przestrzeni pozbawionej obecności Boga. Jezus modli się gdzieś w oddaleniu od uczniów, zostawił ich samych.
A potem przyszedł do apostołów na łodzi. Nie spodziewali się czegoś takiego, nikt by się nie spodziewał. Była 8 straż nocna. To znaczy że chyba już zapadła taka późna, zaawansowana noc. Gdybym była nocą na straży i zobaczyłabym postać idącą po jeziorze, to na prawdę bym się ogromnie wystraszyła. Myślę, że wpadłabym w panikę i wrzeszczałabym na całe gardło budząc wszystkich, którzy w tym czasie zdążyli smacznie usnąć. Na prawdę śmiertelnie bym się bała!
Uczniowie zachowali się dokładnie tak samo. Pomyśleli, ze widzą zjawę, przestraszyli się straszliwie i krzyknęli ze strachu.
Czasami jak byłam mała, to myślałam sobie, ze nie chciałabym aby ukazał mi się kiedykolwiek Jezus albo Maryja, albo jakikolwiek inny posłany Anioł. Bo bym się na pewno poważnie wystraszyła. I wtedy sobie myślałam, że nigdy nie będę osobą, która ma jakieś objawienia, bo bym się tego najnormalniej w świecie bała. W obecnej chwili nadal myślę, że pewnie bym się wystraszyła. Ale z drugiej strony, nawet Maryja zlękła się Archanioła Gabriela.
Jezus na ten cały lęk apostołów i jednocześnie na lęk ludzi, którym się w historii kościoła objawiał mówi: "Odwagi! Ja jestem, nie bójcie się!" Można to zapewnienie rozumieć na kilka sposobów. Ale wydaje mi się, że ponadczasowym jest rozumienie tego wezwania jako oświadczenia, że Bóg jest. Ja jestem to imię Boga. Jezus mówi więc: Odwagi! Bóg! Nie bójcie się! A więc nawołuje do odwagi, przypomina o istnieniu Boga i do tego, że w jedności z Bogiem człowiek niczego nie musi się bać. Bo Bóg jest.
Piotr nie rozpoznaje Chrystusa. Waha się czy jednak nie widzi zjawy i decyduje się to sprawdzić na swój ludzki sposób. Jeżeli to jest Bóg- dokona cudu. Jeżeli zjawa-nie stanie się nic nadzwyczajnego. Dlaczego akurat chodzenie po wodzie wymyślił Piotr? Nie mam pojęcia, zupełnie. Ale z całą pewnością Piotr wystawił Boga na próbę. A tak na prawdę, co potem zostaje widocznie pokazane, wystawił na próbę własną wiarę. Bo to siła jego wiary (tej samej która wielkości ziarnka gorczycy przenosi góry) prowadziła Piotra po wodzie ku Chrystusami. Ta scena bardzo wyraźnie ukazuje, że wiara może nas ku Chrystusowi prowadzić bardzo różnymi, często całkowicie abstrakcyjnymi ścieżkami. I zachwianie się wiary u każdego człowieka prowadzi do tego samego: "Panie ratuj mnie!" A wtedy Jezus w mgnieniu oka ratuje człowieka, ponieważ doskonale zdaje sobie sprawę z tego, że naszaa wiara podlega licznym ograniczeniom i jest jak tafla jeziora marszczona powiewem wiatru.
Piotr wychodzi do Jezusa. Innym razem Piotr wypływa do Jezusa nakładając na siebie uprzednio szatę. Wypływa do Niego dużo później, już po zmartwychwstaniu. Czy płynąc wówczas pamięta moment, gdy szedł po jeziorze? Piotr jest człowiekiem odważnym, człowiekiem, który wychodzi na przeciw Chrystusowi, choć nie zawsze rozpoznaje Go. Ale wychodzi mu na przeciw często nawet nie zastanawiając się w jaki sposób dotrzeć ma do Jezusa. On widzi tylko cel, nie bierze pod uwagę środków i ceny jaką może zapłacić za lekkomyśle dążenie do zjednoczenia z Chrystusem.
Ja również pragnę tak wypływać do Jezusa, podchodzić do Niego bez zastanowienia z pełną ufnością, bez względu na okoliczności.

niedziela, 31 lipca 2011

Po śmierci Jana Chrzciciela

To dosyć niezwykłe, że ostatni post na tym blogu jaki zamieściłam w maju również tyczył się ewangelii o cudzie rozmnożenia chleba. Dzisiaj własnie te słowa skierowane są do Kościoła. Te słowa skierowane są do mnie.

Ostatnimi czasy moje życie przesiąknięte jest religijną stagnacją, całkowitym zawieszeniem przerywanym jedynie czasami jakimś zrywem kiedy przypominam sobie, że przecież jest Bóg, że przecież jest Ojciec, który tak bardzo za mną tęskni i nie może się doczekać kiedy Jego marnotrawna córka powróci. Ale ja nie wracam i nie wracam, już od jakiegoś czasu. Nieustannie moją głowę zaprzątają miliony małych, codziennych spraw związanych z planowaniem przyszłości. Ale to jest jedynie planowanie, przygotowywanie się, które w rzeczywistości jest przecież i tak niewiele warte w porównaniu z Tym, który jako jedyny jest na prawdę ważny. Uświadomiły mi to słowa z ewangelii św. Jana, które nietypowo dostałam smsem kilka dni temu o godzinie 3 w nocy, kiedy kolejną noc z rzędu siedziałam przy komputerze planując noclegi i trasy po przylocie do Madrytu i Porto. Próbowałam uwzględnić miesca, dojazdy, koszty noclegów, ceny metra i wyżywienia. Kilka godzin spędziłam nad mapą, żeby uświadomić sobie dokładnie w którym miejscu znajduje się plaża i jak dotrzeć na nią wysiadając z metra w Porto. W tym czasie jednocześnie dyskutowałam z koleżanką odnośnie noclegów i średniego dziennego kosztorysu. I wtedy właśnie dotarło do mnie Słowo: "Martwisz się i niepokoisz o wiele, a potrzeba mało albo tylko jednego." Właśnie tak. Tylko jednego potrzeba w całym tym moim przygotowaniu do pielgrzymki. I wcale nie świadomości dachu nad głową i pełnego brzucha. Zupełnie nie tego, bo przecież celem tego całego przedsięwzięcia nie jest rozrywkowo - turystyczne przejście kilkuset km. Tu chodzi o coś dużo ważniejszego, coś uświęcającego. Chodzi o sacrum, o nawrócenie i stanie się nowym człowiekiem. Tego właśnie oczekuję po Camino de Santiago. Tego moja dusza i ciało potrzebuje w tej chwili bardziej niż czegokolwiek innego. Tego właśnie, prawdziwego pielgrzymowania popchniętego do przodu pragnieniem serca, pragnieniem zbliżenia się do Boga - miłosiernego Ojca, który czeka na mnie gdzieś u kresu mej wędrówki. I to nie chodzi o to, żebym znalazła Boga dopiero kiedy dotrę do Santiago. Nie chodzi nawet o to, żebym znalazła go w którymkolwiek innym momencie. Istotą jest samo wyruszenie ku Niemu, na spotkanie z Nim. Dlaczego? Ponieważ na tym właśnie polega nawrócenie. Przecież syn marnotrawny idąc do domu nie spodziewał się, że ojciec, którego już na drodze zobaczył, podbiegnie do niego. Nie spodziewał się tego ponieważ czuł się absolutnie niegodny nazywania siebie synem tego człowieka, którego zdradził, porzucił i ograbił z majątku. I bynajmniej nie oczekiwał, że ojciec w ogóle przyjmie go. Myślę, że spodziewał się odrzucenia, odmowy. Przecież prosząc ojca o majątek zachował się jak ktoś, kto za życia uśmiercił własnego rodzica. Wymusił na ojcu coś, czego nie powinien zrobić nikt. A teraz wracał ze świadomością dna, jakiego dosięgnął. Wiedział jak wygląda, wiedział, że kiedy ojciec go zobaczy pomyśli: "dobrze mu tak". Wiedział, ale się mylił. Bo ojciec nie mierzył miarą młodzieńca. Ojciec posłużył się miarą miłości bez miary i z pełen radości, wzruszenia, ze łzami w oczach pobiegł ku synowi nie zważając na swój wiek i to, że stracom biegać nie przystoi w ogóle. Pobiegł do syna, śmierdzącego, wychudłego włóczęgi rozpoznając w nim tego, kogo kochał ponad własną godność. Pobiegł ku niemu i przygarnął do siebie z czułością. Nie pozwolił na tą pokutę, jaką syn sam sobie wymyślił. Ojciec wiedział, że świadomość tego wszystkiego co syn uczynił jest wystarczającą pokutą przeżywaną do końca życia. I powitał syna i synem go nazwał. Bo grzechy i brud i bieda i zatracenie wszystkich darów, wspaniałego dziedzictwa nie ugasiły miłości ojca. Powrót syna był jak balsam dla jego duszy. Był uspokojeniem, że jego ukochane dziecko jest znowu bezpieczne. On na prawdę bardzo kochał syna.

Oczywiście wiadomo, ze to jest właśnie Bóg. Ostatnio w moich modlitwach (których de facto jest mniej) i w myślach i w pisaniach wszelakich, o Bogu myśłę jako o moim Ojcu. Wołam do niego w głowie "Tato ratuj!" Bo wiem, że tylko On może mnie uratować. I to nie chodzi o to, że dzieje się ze mną coś koszmarnego, ale jakieś zło mnie otacza i jakieś zagubienie duchowe, którego wcale nie chcę przeżywać. Ale czasami trzeba przeżyć coś takiego, żeby doświadczenie mogło ukształtować moje myśli i doprowadzić je do jakiegoś konkretnego stanu. Tak jak syna marnotrawnego los doprowadził do sytuacji, kiedy zatęsknił za domem swego ojca. Właśnie tak samo ja tęsknię za bliskością Boga, za pełnym uczestnictwem w Eucharystii i poruszaniem się w Bogu (jak pisał św. Paweł: "W Nim żyjemy, poruszamy się i jesteśmy.")
Tak więc: Tęsknię za Tobą Tato! Chcę wrócić do Ciebie, do Twojego domu. Wcale nie oczekuję uczty i tego że wybiegniesz mi na spotkanie a potem dostanę wszystko cokolwiek zechcę, tak jak wcześniej. Nie oczekuję tego wszystkiego, ale jednocześnie wiem, że tak właśnie postąpisz. Wiem, że wybiegniesz mi na spotkanie, już wybiegłeś. Wiem, że czekasz na ten moment, kiedy pełen miłości otoczysz mnie ramionami. Wiem, że zaprosisz mnie na ucztę - ofiarę Jezusa Chrystusa. Wiem, że odziejesz mnie w białą szatę przebaczenia grzechów. Wiem, że chcesz to uczynić i wiem, że ja również tego pragnę teraz zmierzając ku Tobie. Ale idę dość niepewnie. Wszystko bowiem chcę od Ciebie przyjąć, ale zupełenie nie wiem co powiedzieć, kiedy zapytasz w jaki sposób przepuściłam wszystkie Twoje dary, wszystkie bogactwa. A wiem, że o to zapytasz mnie najpierw w sakramencie pokuty....

A Jezus oddalił się od Jerozolimy powodowany żalem z powodu straty kuzyna, którym był św. Jan Chrzciciel. Gdyby kogoś z mojej rodziny (kogo bardzo kocham i kto jednocześnie poświęcił całe życie dla mnie i za mnie) zamordowano, przepełniałaby mnie prawdopodobnie nienawiść. Chociaż nie chciałabym wypełniać się nienawiścią. A co czuł Jezus? Z całą pewnością czuł ogromny żal i smutek. Jego brat niemalże został zamordowany dla uciechy jakiejś tam młodej dziewczyny i jej matki! Dlatego żeby odetchnąć w samotności poszedł na pustynię. Ukrył się tam z dala od ludzi, w oddaleniu od wszystkich rozmów, działania cudów i tego wzyskiego co nieustannie właściwie musiał robić. Próbował się od tego wszystkiego oddalić, ale beznadziejnie Mu to nie wychodziło. Przecież tłumy ludzi dowiedziały się gdzie jest i Go "dorwały". Dlatego zawsze cud rozmnożenia chleba wydaje mi być takim niechętnym cudem. Rozmnożenie chleba.

niedziela, 8 maja 2011

To Ja jestem

Po największym cudzie wszystko wraca do porządku dziennego. Dzisiaj mowa o rozmnożeniu chleba. Cud, bez dwóch zdań. A uczniowie Jezusa pogrążają się po nim. Zmierzch, jezioro; znana sceneria, taka sama jak w Ewangelii o burzy na jeziorze-bardzo konkretnej burzy. Apostołowie nie raz doznają niepokoju, nie raz atakuje ich szatan. Płyną tutaj do Kafarnaum, bez Jezusa. Nie ma Go. Jest za to nastająca noc i jezioro. Woda- siedlisko demonów, po którym decydują się płynąć w ciemności. Jest silny wiatr, wzburzone jezioro i niczego nie widać. A "Jezus jeszcze do nich nie przyszedł".
Wygląda to wszystko niezwykle znajomo. Ile razy w moim życiu się tak wydarza, że po bardzo silnym doświadczeniu Boga nadchodzi moment upadku, powrotu w grzech. Cud cudem a życie toczy się dalej tak samo i grzeszny człowiek upada tysięczny raz, gdy tylko nie ma przy nim Boga. I robi się coraz gorzej. Najpierw jest tylko zmierzch i jezioro, po którego tafli płynie się barką. A potem nagle zrywa się wiatr, fale zaczynają kołysać łodzią, a mnie otacza ciemność. To się dzieje zawsze, prędzej czy później zawsze upadam, bez względu na to jak blisko Boga byłam wcześniej. I apostołowie mieli zupełnie tak samo, nic chlubnego. Jeden z tych opisów ewangelicznych, których by nie umieszczono, gdyby wymyślano Ewangelię. Nic stawiającego apostołów w dobrym świetle. Za to mądre to niezwykle i pokrzepiające, bo takie być miało.
Apostołom ukazuje się Jezus.
Gdy upłynęli już około trzydziestu stadiów, a więc byli prawie na środku jeziora, w każdym razie na pewno byli już wystarczająco daleko, aby nie wracać. Zobaczyli Jezusa.Nie spodziewali się Go tam, nic dziwnego. Człowiek brnący w grzech też nie spodziewa się spotkać tam Jezusa, raczej ma wrażenie że się od Niego oddala. Szczególnie jeżeli jest już tak bardzo zanurzony w grzechu, że ma wrażenie ze nigdy nie powróci do tego cudu Bożej bliskości, jakiego doświadczał kiedyś.
I w takiej sytuacji ukazuje się Jezus. On kroczy po jeziorze. Idzie w tą ciemność, wiatr i fale. Wkracza w nasz grzech, nasz szeol. Wchodzi w sam środek bagna, z którego nie jesteśmy się już w stanie wyplątać. Jest z nami w samym środku grzechu, w którym się znaleźliśmy. I mówi: "To Ja jestem, nie bójcie się." On idzie za nami do tych najgorszych miejsc, do tej najgorszej ciemności. Idzie tam i w momencie gdy wydaje nam się, że nie ma odwrotu, że cuda zostały za plecami a przed nami jest tylko noc i wicher, Jezus mówi "nie bójcie się". Bo się boimy, a przynajmniej ja się boję. Kiedy już dotrze do mnie w co się wpakowałam, w jaki grzech i jak bardzo zabrnęłam, zaczynam się bać. Że to się już nigdy nie skończy i że nigdy już Bożych cudów nie doświadczę. Ale On przychodzi. I nie na tym się kończy. On nie zostawia mnie samego, ani nie płynie w mojej grzechowej łódce dalej. On ma moc doprowadzić mnie do brzegu. Może skończyć ciemność i tułaczkę. Może dać mi nowe życie, nowy brzeg, na którym czeka na mnie. I o tym muszę pamiętać zawsze, kiedy grzech mnie przytłoczy, kiedy będę myślała że nie ma już odwrotu. Bo tam właśnie jest Chrystus chcący Swoją Mocą doprowadzić mnie do nowego startu. On ma wyjście z każdego mojego grzechu, chociaż ja nie wiem jak się z nimi uporać. Jemu dlatego należy zaufać, bo On czeka.

piątek, 29 kwietnia 2011

Oby tak z martwych wstać!

"Oto Ja, twój Bóg, który dla ciebie stałem się twoim synem. Oto teraz mówię tobie i wszystkim, którzy będą twoimi synami, i moją władzą rozkazuje wszystkim, którzy są w okowach: Wyjdźcie! A tym, którzy są w ciemnościach, powiadam: Niech zajaśnieje wam światło! Tym którzy zaś zasnęli, rozkazuję: Powstańcie!

"Powstań, pójdźmy stąd! Niegdyś szatan wywiódł cię z rajskiej ziemi, Ja zaś wyprowadzę ciebie już nie do raju, lecz na tron niebiański. Zakazano Ci dostępu do drzewa będącego obrazem życia, ale Ja, który jestem życiem, oddaje się tobie. Przykazałem aniołom, aby cię strzeli tak, jak słudzy, teraz zaś sprawię,że będą ci oddawać część taką, jaką należy się Bogu. Gotowy jest już niebiański tron, w pogotowiu czekają słudzy, już wzniesiono salę godową, jedzenie zastawione, przyozdobione wieczne mieszkanie, skarby dóbr wiekuistych są otwarte, a królestwo niebieskie, przygotowane od założenia świata, już otwarte".

(Starożytna homilia na Święta i Wielką Sobotę)

czwartek, 14 kwietnia 2011

O przeraźliwym zasmuceniu, namiocie i zaślubinach. Od Izajasza.

I stoi taki namiocik wątły na pustyni, na uboczu w stosunku do innych namiotów koczowniczego ludu. Mały namiot o lekko wbitych palikach, żeby w każdej chwili można go było złożyć i usunąć się jeszcze bardziej na bok. Kto w nim mieszka? Smutna niezmiernie kobieta, żyjąca w przeświadczeniu, że Bóg ją opuścił. Wszyscy w około uważają, że zrobiła coś strasznego, że obraziła Boga tak ogromnie, że ją ukarał chyba w najgorszy sposób, w jaki tylko mógłby ukarać kobietę. A ona...ona nie wie co takiego zrobiła. Miała kiedyś męża. Kochała go bardzo, on ją. Byłby w stanie nieba jej przychylić, ale szczęście trwało krótko. Rok, drugi. Zrozumiał, że coś jest nie tak. Cała wioska szeptała, poradzili mu, żeby wziął sobie nową żonę, a ją oddalił. Nie ma się po co narażać na związek z kobietą przeklętą. I tak żyje, oddalona od społeczności, absolutnie samotna. Odwracają głowy gdy przechodzi ulicą, albo kilka słów zamienią, nieszczerze sympatyczni. Nie ma nikogo, komu mogłaby się zwierzyć, zupełnie nikogo. Przecież Bóg opuścił ją jako pierwszy. A teraz nagle, gdy siedzi przed namiotem, ktoś podszedł do niej, przekroczył granicę, której nigdy nikt nie przekracza, a jego pierwsze słowa to: "śpiewaj z radości." Ten człowiek o wszystkim wie, mówi "śpiewaj z radości niepłodna". Z radości. Ona już nawet nie pamięta jak się śpiewa. Śpiewaj ty, która nie rodziłaś. Wybuchnij weselem, ty której nigdy nie było dane cierpieć przy porodzie. Wybuchnij weselem! Nie- uciesz się, ale wyuchnij! Jak może wybuchnąć weselem człowiek, który nie ma w sobie nic, poza smutkiem? Musiała się bardzo zdziwić zupełną absurdalnością słów przybysza. Kto normalny powiedziałby: ciesz się ty, którą przeklął Bóg, ty którą wyklęli ludzie, która żyjesz w samotności i opuszczeniu. Wybuchnij radością, bo nigdy nie musiałaś cierpieć przynosząc na świat potomstwo. Myślę że z ciekawością wpatruje się w przybysza, zastanawia się, co też powie dalej. I on odzywa się znowu, tym razem powołując się na słowa samego Boga: "Bo liczniejsi są synowie porzuconej, niż synowie mającej męża." Co ona na to? W naszej kulturze popukałaby się w głowę. Przecież nie ma żadnego syna. Żadnego. Więc logiczne, że te, co mają mężów, te nieporzucone, mają więcej synów. Zupełne głupoty ten człowiek mówi. Ale słucha dalej. W końcu nieczęsto ktoś do niej przychodzi, a już nigdy nikt nie życzył jej szczęścia. A ten tutaj nakazuje jej niemalże cieszyć się. I co mówi dalej? Poleca jej rozłożyć bardziej namiot, tak żeby było w nim więcej przestrzeni, żeby mógł się w nim zmieścić ktoś jeszcze, ktoś poza nią. Musi rozciągnąć płutna namiotu, wydłużyć sznury, które go podtrzymują. Musi zrobić miejsce dla drugiego człowieka w swoim domu pełnym demonów samotności. Ma się nie krępować. Co z tego, że ludzie zobaczą, że ma gościa? Co z tego, że znowu będą o niej gadać? I tak mają ją w pogardzie, praktycznie nie istnieje dla nich. A kiedy już powiększyła namiot, przybysz mówi, aby wbiła mocno paliki. To musi być bardzo dziwne, kiedy pierwszy raz od tak dawna, rozstawiała namiot tak wielki i tak solidnie utwierdzony w ziemi. Teraz to już tak, jakby miał stać przez dłuższy czas, a nie tak jak zawsze, życie w tymczasowości, chociaż przecież żyła tak bardzo długo.
Przybysz chyba niemógłby powiedzieć bardziej pokrzepiających słów niż te, którymi zwraca się do kobiety. Bezpłodnej zapowiada potomstwo tak liczne i silne, że pod jego panowanie przejdą całe narody, a także zaludni opuszczone miasta. Miasta. Ona może nawet nigdy nie widziała prawdziwego miasta. Wie, że kiedyś mieszkali w nich ludzie, ale teraz miasta są opuszczone, a ona wraz z całym ludem przemieszcza się z miejsca na miejsce. Żyją w ciągłej niepewności jutra. Prorocwto ją trochę pewnie rozbawiło, wprowadziło jakieś ożywienie w monotonię i samotność życia, ale nie wierzy w ani jedno słowo. Dlaczego ma wierzyć komuś, kto mówi, że Bóg będzie jej błogosławił, skoro przez lata, a moze dziesiątki lat słuchała ludzi, którzy mówili coś całkowicie innego. Przecież jest przeklęta. Obraziła Boga. A ten tutaj po prostu postradał zmysły, albo nie wie do końca z kim ma doczynienia. Zdaje się jednak, że doskonale wie do kogo przyszedł. Mówi, aby się nie lękała. Całe życie drży ze strachu o jutrzejszy dzień. Bo nie ma nikogo, kto by się o nią zatroszczył. Co, jeżeli się rozchoruje? Przecież nikt jej nawet nie poda wody, gdy bez przytomności leżeć będzie w gorączce. A jeżeli zwichnie nogę i nie będzie mogła pójść po wodę? A gdy się zestarzeje? Co wtedy? Przybysz mówi "Nie lękaj się" ale słowa...to przecież tylko słowa. Ale mówi dalej "nie lękaj się, bo już się nie zawstydzisz." Ona już wie o tym, że bardziej już zawstydzić się nie może. Już spotkało ją w życiu to, co najgorsze. Zapomniała już nawet jak to wszystko wyglądało, bo przecież tak bardzo chciała zapomnieć. Ale stroniła od ludzi, stroni cały czas. Tłumaczy sobie, że dlatego, bo przecież to oni jej unikają. Ale słowa przybysza uświadamiają jej, że nie tylko to jest powodem. Ona się ich boi. Czuje lęk, że mogą ją skrzywdzić jeszcze bardziej, jeszcze silniej zawstydzić; a tego by już nie zniosła. Dlatego sama się usuwa, niejako z własnej woli żyje w oddaleniu, tak, jakby wcale nie istniała. Przybysz mówi: "nie wstydź się, bo już nie doznasz pohańbienia." Ale skąd on to może wiedzieć? Czy przemawia przez niego Bóg? A może jakiś zdziecinniały porostu jest, próbuje wszystkich ludzi na świecie uszczęśliwić, pocieszyć. Kto wie... Ona żyje w ciągłym pohańbieniu, w ciągłym wstydzie. To jest coś, czym w pewnym sensie sama się już stała. Jest chodzącym, oddychającym, żyjącym wstydem i pochańbieniem. Tak o sobie myśli, tak siebie postrzega. Bo potrafi już teraz patrzeć jedynie oczami innych ludzi. Jakby nie miała swoich własnych. Przybysz patrzy na nią i zapewnia, że zapomni o wstydzie swojej młodości. Że zapomni o tym, co ją zniszczyło, a jednocześnie ukształtowało. Że to po prostu przeminie i zostanie wymazane z jej pamięci jak jakieś błahe, nic nie znaczące wydarzenie. Czy to w ogóle możliwe? A to że już nigdy nie wspomni hańby swojego wdowieństwa? Już nigdy nie będzie myślała o tym co się stało, jak było? Ale niby jak to się stanie? I dlaczego miałoby się wszystko tak zmienić? Dlaczego?
"Bo małżonkiem twoim jest twój Stworzyciel, któremu na imię-Pan Zastępów. Odkupicielem twoim-Święty Izraela, nazywają Go Bogiem całej ziemi." To jest Ten, który przygarnia wdowę, Ten który nie odwraca się od człowieka, nawet wówczas gdy wszyscy ludzie się odwrócą. I nie dość, ze się nie odwraca, bo to jest niczym, w porównaniu z tym, co czyni Bóg. On poślubia opuszczoną kobietę, tą która sprzeciwiła się Jego woli, zrobiła coś okropnego, albo też cierpiała niesłusznie. Nie można sobie wyobrazić wspanialszego męża. Nikogo ponad Nim nie ma. I właśnie Pan wzywa porzuconą i zgnębioną na duchu niewiastę. I każdego tak samo jak nią wzywa do radości i wesela. Z każdym człowiekiem chce tworzyć jedność tak intymną jak małżeństwo. Każdemu człowiekowi nakazuje nie lękać sie już wiecej, podnieść wysoko głowę i nie bać się pohańbienia. Bo On jest odkupicielem, On przygarnia z ogromną miłością każdego z nas, nawet gdy porzucił nas na chwilę, po to abyśmy mogli stać się pokornymi, takimi z jakich później powstanie najlepsza wersja naszego człowieczeństwa. On lituje się nad nami w Swojej wieczystej i nieskończonej Miłości, kiedy my już jesteśmy na skraju szaleństwa czy depresji, bo nie widzimy jego oblicza. Bóg przysięga, że nigdy nie rozzłości się na człowieka, nigdy nie rozzłości się na mnie, nigdy mnie nie zgromi. Nigdy. Bo góry mogą ustąpić i pagórki się zachwiać, ale Jego miłość nie odstąpi ode mnie. Nie zachwieje się przymierze pokoju, które Pan ze mną zawarł. Bo On ma nade mną litość. Ma litość nad niepłodną kobietą, nad największym grzesznikiem, ma litość nad najbardziej zdeprawowanym człowiekiem. Bo Bóg nie umie nie kochać, ponieważ zaprzeczałby wówczas swojej własnej istocie. Bo On Jest Miłością. I każda Miłość od Niego pochodzi. A zdolność do Miłości i pragnienie Miłości, jest tym podobieństwem do Pana, które każdy człowiek w sobie nosi. I ta Jego Miłość nie odstąpi. Nie odstąpi! Nigdy! Bo czy widział ktoś żeby ustępowały góry, żeby chwiały się pagórki? Zdarza się. Nieczęsto, ale zdarza się. Ale choćby nawet zdarzyło się coś takiego, że zachwieją się pagórki, że góry się zapadną, albo runą tak, że nie będzie po nich śladu, to Jego miłość się nie zmieni. Bo On Jest. Jest. Miłością.

poniedziałek, 7 lutego 2011

dlaczego nie cukrem?

Mt 5,13-16)
Wy jesteście solą dla ziemi. Lecz jeśli sól utraci swój smak, czymże ją posolić? Na nic się już nie przyda, chyba na wyrzucenie i podeptanie przez ludzi. Wy jesteście światłem świata. Nie może się ukryć miasto położone na górze. Nie zapala się też światła i nie stawia pod korcem, ale na świeczniku, aby świeciło wszystkim, którzy są w domu. Tak niech świeci wasze światło przed ludźmi, aby widzieli wasze dobre uczynki i chwalili Ojca waszego, który jest w niebie.


Wy jesteście solą dla ziemi. Znaczy, my jesteśmy. Solą. Jakie są właściwości soli? To chyba pierwsze pytanie jakie się nasuwa po wysłuchaniu tej Ewangelii. Z resztą to są bardzo oklepane słowa, slogan niemalże. Często przechodzimy obojętnie obok bycia "solą ziemi i światłem świata". Ot kościelne hasełko. Brzmi ładnie, tak samo chwytliwie jak "wypłyń na głębię." Tak się niestety czasami dzieje, kiedy słyszymy coś zbyt często, że przyjmujemy bezrefleksyjnie zupełnie. A przynajmniej ja tak mam.

Cóż więc tak na prawdę oznacza bycie solą? Jakie są właściwości soli?

Po pierwsze, najoczywistrze, sól jest słona. Nic odkrywczego. Ale nie o to tutaj chodzi, że ma być odkrywcze. Nie, ma być prawdziwe raczej. Tak więc sól jest słona. Dlaczego własnie słony smak ma charakteryzować chrześcijan? W zasadzie logiczne, że nie mamy być gorzcy, no jasne. Kwaśni? Też jakoś idiotycznie brzmi, kwaśny jest raczej negatywnym smakiem. Nie lubi się kwasu. Z resztą, kwas jest żrący, rani. Ale taki cukier. Przecież to by było idealne. A jednak wcale nie mamy być słodcy. Chociaż często chrześcijanom wydaje się własnie że powinniśmy być słodcy. Bądźmy cukrem tego świata! Nie brzmi źle, na prawdę nie. W ogóle zabawne, że oklepaliśmy hasło "bądźcie solą ziemi" a jednocześnie wyrobiliśmy sobie stereotyp "bądźcie cukrem dla świata". Chrześcijaństwo to religia niezwykle pokojowa, pełna miłości, zaufania, pomocy. Religia w której wszyscy się do wszystkich uśmiechają, kochają się wszyscy i żyją w socjalizmie. Znowu- to wygląda pięknie, na prawdę kolorowo i tak, powiedziałabym idealnie pasuje do reklamowo-filmowej wizji współczesnego świata. Ale czy tak własnie powinno być? Czy tego na prawdę oczekuje od nas Chrystus? Jak to, że mamy być solą a nie cukrem odnosi się do przykazania miłości bliźniego? Otóż, odnosi się, Ale nieco w inny sposób, niż ten, którym faszerujemy się na codzień. Nie ta wizja. Nasz Bóg pomimo tego, że jest Miłością i Miłosierdziem, jest również Prawem. I jest bardzo konsekwentny. I właśnie dlatego sól. A nie cukier.

Jakie są więc właściwości soli?

Soli się nią potrawy. To tak najpowszechniej. Potrawa z solą nabiera smaku. Ale też nie wszystko można przyprawić solą. Słodyczy nie można, bo są wtedy ohydne.Słodyczy się nie soli, nie ma potrzeby. Soli dodaje się po to, żeby potrawa miała smak, była bardziej wyrazista. Ale soli nie można też dodać za dużo. Ani za mało. Jeżeli się doda za mało, to nic się nie poczuje, tylko sól zmarnowana, a potrawa jak była bez smaku tak będzie. A jeżeli doda się zbyt wiele soli? Wówczas wszystko robi się zbyt słone i nie da się tego w ogóle jeść. Zwykle soli dodaje się niewiele, szczyptę. Nie więcej. Nie mniej.

Inne właściwości?

Żrące. Posypywanie rany solą jest na prawdę ogromnym cierpieniem. Tego trzeba unikać. I to jest również istotne w naszej chrześcijańskiej postawie bycia solą. Żeby nie posypywać ran,

Soli używa się również jako naturalnego środka konserwującego żywność. Także skóry wyprawia się przy użyciu soli własnie.

Jeżeli biolog wypowiada się o właściwościach soli, nie może nie wspomnieć o konieczności obecności soli w organizmie. Bez soli wszelkie procesy nerwowe nie mogłyby zachodzić. Absolutnie niezastępowalna jest obecność sodu i chloru w naszym organizmie po to żebybśmy mogli w ogóle myśleć, poruszać się. Wszystko. Tak samo wszystkie nasze tkanki wypełnione są nie tyle samą wodą, co solą fizjologiczną. A więc z biologicznego punktu widzenia sól jest na prawdę niezbędna do życia.

Cóż więc z tego wszystkiego wynika dla nas?

Przede wszystkim mamy być po to, aby soląc innym ludziom życie, nadawali mu smaku. Tak to rozumiem. My swoją obecnością, swoim słowem czy gestem mamy nadawać życiu innych ludzi sens. Nie mamy im osładzać życia, chociaż możemy również. Ale przede wszystkim mamy uczynić ich życie pełniejszym, wyrazistrzym. Takim, żeby na prawdę mieli ochotę to życie smakować. A co można zrobić, żeby nadać czyjemuś życiu sens? To nie jest proste. Zdecydowanie nie jest. Powiedziałabym nawet, że jest to ogromnym wyzwaniem. Ale to bynajmniej nie czyni go niemożliwym. Myślę, że przede wszytskim najwięcej sensu dodaje życiu wiara w Boga. I wskazywanie drugiemu człowiekowi wszechmocnego Stwórcy jest właśnie takim nadawaniem sensu istnieniu. Pokazywanie innym Jego chwały. W jaki sposób? Nie w żaden nachalny, narzucający się. To by było zbyt wiele soli, a tego nie chcemy. Chwałę i wielkość Boga można przede wszystkim ukazywać swoją własną postawą. Często nawet słowa nie są konieczne, człowiek pragnie Boga i wielokrotnie po ludzku zazdrości tym, którzy są blisko Niego. To jest właśnie moment, gdy chcą uczynić swoje życie właśnie taką osoloną potrawą. Ale taką soczystość, wyrazistość życia wielu ludzi odkrywa również w różnego rodzaju pasjach. Rozpalanie życiowych psji jest więc również osalaniem życia. Tak samo ukazywanie innym ludziom uroków codzienności, która pełna jest wspaniałych momentów przepływających nam wielokrotnie przez palce. Wiele można by wymieniać sposobów na "wyrazistość życia". I każdy z nich jest równie cenny, wart wykorzystania.

Ale sól jest takę żrąca. O co chodzi? O to, że nie cukier. Nie mamy ludziom słodzić. A na pewno nie zawsze. Dla Boga najważniejsze jest zbawienie człowieka. I dlatego własnie nie mamy być cukrem. Czasami należy komuś wskazać błąd, jeżeli go nie dostrzega. Ale to jest niezmiernie delikatna gra. Żeby nie przesolić. Żeby przypadkiem nie posypać rany. Bo posypanie solą rany jest najgorszą rzeczą jaką można zrobić. Co innego jest powiedzieć koleżance, że mieszkając z chłopkiem żyje w związku niesakramentalnym, a co innego zwrócić uwagę kobiecie, która przetuławszy się przez życie, opuszczona przez męża odnalazła w końcu bezpieczną przystań u boku innego mężczyzny, Rany na prawdę nie wolno posypywać solą!

I sól wyprawia skóry. To dzięki soli właśnie skóra staje się miękka i można sobie z niej uszyć futro. Tak będąc solą, my powinniśmy zmiękczać zatwardziałe dusze. Znowu- w jaki sposób? Po prostu będąc sobą. Bo sekret tkwi w tym, że chrześcijanin żyjący na prawdę zgodnie z tym, co nakazał Chrystus, będący w autentycznej relacji z Bogiem, jest solą. On nie musi już nic robić. To ludzie widząc tą zażyłą relację z Bogiem, sami jej zapragną. Sami zechcą osolić sobie życie. My musimy jedynie umieć się dawkować. Nie za wiele soli, nie za mało. Tutaj można, a tutaj już jest rana i posypanie jej sprawi, że człowiek już nigdy soli nie zapragnie. W zasadzie to jak się tak nad tym zastanowić, to cukier na prawdę cienko wypada przy soli. I dobrze że wcale nie mamy słodzić świata. To by było głupie. Świat sam się słodzi. Nawet powiedziałabym, że niekiedy za bardzo, My własnie musimy być alternatywą. Świat mówi "osłódź sobie życie, uprzyjemnij, umil, bądź "wolny" i używaj do woli, nie przejmuj się niczym." A sól jest alternatywą. Jest smakiem przeciwstawnym. Wiele rzeczy z natury jest słodkich, słonych jest mniej. Słodycz z potrawy wydobywa się często samoczynnie, sól nie. Jeżeli coś nie jest słone, to się takie nie stanie, jeżeli nie doda się przyprawy. Sól dodaje smaku. My musimy dodawać smaku. Nadawać sensu życiu. Jak? Kochając. Ale to jest taka miłość ze zrozumieniem. Bez osładzania. Taka prawdziwsza miłość. Tak mi się wydaje.

piątek, 4 lutego 2011

ta ostatnia z Dróg szuka Twoich stóp

(Mk 6,7-13)
Jezus przywołał do siebie Dwunastu i zaczął rozsyłać ich po dwóch. Dał im
też władzę nad duchami nieczystymi i przykazał im, żeby nic z sobą nie
brali na drogę prócz laski: ani chleba, ani torby, ani pieniędzy w
trzosie. Ale idźcie obuci w sandały i nie wdziewajcie dwóch sukien. I
mówił do nich: Gdy do jakiego domu wejdziecie, zostańcie tam, aż stamtąd
wyjdziecie. Jeśli w jakim miejscu was nie przyjmą i nie będą słuchać,
wychodząc stamtąd strząśnijcie proch z nóg waszych na świadectwo dla nich.
Oni więc wyszli i wzywali do nawrócenia. Wyrzucali też wiele złych duchów
oraz wielu chorych namaszczali olejem i uzdrawiali.


Uderza mnie jedno. Dlaczego to właśnie laska jest przedmiotem, który apostołowie mają mieć przy sobie podczas drogi? Nie chleb, nie suknia, nie pieniądze czy torba, ale właśnie laska.
Z wędrówkowego punktu widzenia kij nie jest wcale aż tak potrzebny. Czasami się przydaje, przy pokonywaniu nierówności, czy też wygodny jest do transportowania przedmiotów do niego przywiązanych. Lecz apostołowie nie mają mieć przy sobie nic poza tym. Można laskę wykorzystać do odpychania dzikich zwierząt, ale nie sądzę, żeby przydarzały się takowe sytuacje jakoś szczególnie często. Cóż jeszcze? W zasadzie laskę podróżną, a więc kij, nietrudno jest wyciosać z drewna. Wielokrotnie chociażby gałąź z drzewa wystarcza. Wiem coś o tym, bo szłam z takim kijem trzy tygodnie u boku, znalezionym na drodze, z drzewa siłami natury strąconym. Wielokrotnie chciałam go zostawić. Ale potem myślałam, że może się przydać. W końcu nie wiadomo, co mnie czeka za zakrętem. I tak szłam z tym kijem aż do celu.
A apostołowie dlaczego szli z laską? Jaki jest tego sens?
Zastanawia mnie to, dlaczego właśnie taki absurdalny przedmiot mieli nieść ze sobą na drodze do tych wszystkich cudów i wypędzeń duchów nieczystych. Na drodze siewców Słowa Bożego.

niedziela, 30 stycznia 2011

walka z demonami


Słowa Ewangelii według św. Marka. Przez cały dzień Jezus nauczał w przypowieściach. Gdy zapadł wieczór owego dnia, rzekł do uczniów: "Przeprawmy się na drugą stronę". Zostawili więc tłum, a Jego zabrali, tak jak był w łodzi. Także inne łodzie płynęły z Nim.

Naraz zerwał się gwałtowny wicher. Fale biły w łódź, tak że łódź się już napełniała. On zaś spał w tyle łodzi na wezgłowiu. Zbudzili Go i powiedzieli do Niego: "Nauczycielu, nic Cię to nie obchodzi, że giniemy?" On wstał, rozkazał wichrowi i rzekł do jeziora: "Milcz, ucisz się". Wicher się uspokoił i nastała głęboka cisza. Wtedy rzekł do nich: "Czemu tak bojaźliwi jesteście? Jakże wam brak wiary?" Oni zlękli się bardzo i mówili jeden do drugiego: "Kim właściwie On jest, że nawet wicher i jezioro są Mu posłuszne?"


To jest wspaniała Ewangelia. Jestem pewna, że pozwoli mi wiele zobaczyć, chociaż w tym momencie, na początku dostrzegam niewiele.

Nadszedł wieczór. To po pierwsze. Dzień dobiega końca, za chwilę nadejdzie noc. Są dwa takie momenty w ciągu doby. Wieczór i poranek. Momenty przejścia. Poranek jest przejściem z nocy do światła. To poranek jest symbolicznym czasem Zmartwychwstania. Przejściem z ciemności do jasności. Porankiem jest chrzest. Pierwsi chrześcijanie przyjmując chrzest, gdy wyrzekli się szatana, odwracali się z zachodu na wschód-kierowali wzrok, całe ciało ku wschodzącemu słońcu. Poranek więc jest chwilą zwycięstwa światłości nad ciemnością. Życia nad śmiercią. Zwycięstwa Miłości nad brakiem Miłości. Bo tym jest zło właśnie-świadomym odrzuceniem Miłości. Nie jest jakąś alternatywną siłą przeciwstawiającą się Miłości i zapewniającą równowagę światu. Zło jest brakiem Dobra. Wybór zła jest więc w rzeczywistości wynikiem odrzucenia Dobra. Gdy człowiek odrzuca Boga, odrzucając Jego Dobro, automatycznie odwraca się w tronę zła. Co wtedy może uczynić Bóg? Ceniąc sobie ponad wszystko naszą wolność, która nierozerwalnie łączy się z miłością, może jedynie czekać, aż zmienimy zdanie. Oczywiście podejmuje próby przekonania człowieka, że dokonał niewłaściwego wyboru, ale nie może zmusić go do zwrócenia się ponownie w kierunku Jego Samego. Dlaczego nie może? Ponieważ byłoby to zaprzeczeniem Jego boskiej istoty. Odbierając człowiekowi wolną wolę, zanegowałby samego Siebie. Ponieważ absolutna miłość nie wymaga niczego, zaś gotowa jest wszystko poświęcić. Człowiekowi ciężko jest to zrozumieć, ponieważ poza Bogiem nikt nie jest w stanie zdobyć się na taki sposób kochania. Można się bardzo starać i oddać życie za innego człowieka, to jest największy przejaw miłości na jaki człowiek może się zdobyć. Byli tacy ludzie, kościół nazywa ich świętymi. Ale nie o tym chcę pisać, zeszło na inne zupełnie tory.

Wracam więc do faktu odrzucenia Boga i wyboru zła jako konsekwencji tego czynu. Bóg szanując decyzję człowieka, czeka na jego kolejny krok. Co robi w tej konkretnej Ewangelii Jezus? Śpi. Jest wieczór, światłość przechodzi w ciemność, Bóg zasypia. To są pierwsze i moim zdaniem najważniejsze symbole w tej Ewangelii.

Co jeszcze widzimy?

Jaki był dzień, który własnie dobiega końca? Co się wydarzyło? Czy było to coś istotnego? O czym mówił Jezus uczniom tamtego dnia? Czy uzdrowił kogoś? Trzeba spojrzeć wstecz. Przez cały dzień Jezus nauczał w przypowieściach. Co to były za przypowieści? Czy ich treść ma jakiś związek z tym co stało się później?

Przypowieści były o siewcy, lampie, mierze, zasiewie, zairnku gorczycy. Generalnie są to przypowieści o wierze, o słuchaniu Słowa Bożego, o Królestwie Bożym. Myslę, że wymaga to osobnego rozważenia, z pewnością pozwoliłoby to pod jeszcze innym kątem spojrzeć na tę konkretną Ewangelię.

Ale wydaje mi się, że jeszcze ważniejsze, a własciwie najistotniejsze jest miejsce, do którego właściwie płyną i wszystko to, co dzieje się, gdy już docierają do celu. Otóż Jezus uzdrawia opętanego. Ten człowiek jest opętany, ma w sobie potężnego demona imieniem Legion, a więc jest pod władaniem całego legionu demonów. Chrystus wyrzuca je w świnie, które toną w jeziorze. Tak to wygląda w ogromnym skrócie. Na ten moment powinno jednak wystarczyć.

Powróćmy więc do sytuacji, którą w tym ewangelicznym obrazie widzimy. Jezus wraz z uczniami płyną wieczorem łodzią przez jezioro . Dnia poprzedzającego Chrystus nauczał przypowieściami. Kolejny dzień będzie dniem pokonania legionu demonów. Można powiedzieć, że oni wszyscy płyną jakby na wojnę, lecz jedynie Jezus wie, co ma się rzeczywiście wydarzyć. Zapada zmrok, wkraczają w noc.

Kolejne dwie uwagi.

Jezus skończył nauczać i postanowił przeprawić się na drugą stronę. To znaczy- przez całe jezioro, tak że już dalej nie można. Dziś jest w jednym miejscu, jutro chce być, można powiedzieć, w skrajnie innym. Uczniowie nie pytają się Jezusa, dlaczego chce płynąć aż tam. A przecież mogliby zatrzymać się jeszcze w wielu miejscach po drodze. W ogóle mogliby też coś zjeść, albo jakos przygotować się do drogi, ale nie robią tego. Po prostu Jezus kończy nauczać, mówi do uczniów, żeby się przeprawili na drugą stronę i pospiesznie odpływają. Jezus nauczał już w łodzi, nie był nawet na brzgu, więc wyobrażam sobie, że uczniowie na Jego słowa po prostu również do tej łodzi wsiadają i odbijają od brzegu. Tłum się rozchodzi. Część ludzi wsiada do swoich łodzi i płyną razem z Nauczycielem. Jest więc kilka łodzi, wszystkie płyną tam, dokąd chce płynąć Jezus. Nie wiedzą po co On właściwie chce tam płynąć, ale podążają za Nim. Ufają mu, albo po prostu bardzo są ciekawi Jego nauki. W każdym razie płyną.

Trochę mi to przypomina wyprawę wojenną. Z jednej strony łodzie w uczniami Chrystusa, po drugiej zaś stronie jeziora, na brzegu czeka Legion. Czy Legion wie, że zbliża się do niego Jezus? Ależ oczywiście że tak. Właśnie stąd bierze się "gwałtowny wicher".

W ogóle oczywiście kolejne symbole. Ta Ewangelia pełna jest biblijnej symboliki. W Biblii Bóg objawia się w wietrze, ale w powiewie lekkim i delikatnym. Natomiast szatan jest utorzsamiany z gwałtownym wichrem, szumem i burzą. Tak więc tutaj już widzimy pierwszy symbol mówiący o ataku Szatana.

Kolejnym symbolem jest sama woda. Biblia wodę traktuje jako siedlisko demonów. Tak samo jak Tobiasz walczy z demonem wydobywającym się z wody zanim przybędzie zwalczać demony swojej przyszłej żony. Zupełnie analogicznie legion walczy z Jezusem i uczniami jeszcze zanim przybędą, posługując się właśnie wodą. Widzimy, że fale biją w łódź i łódź napełnia się wodą. A więc można powiedzieć, że żywioł wygrywa, łódź niemalże zaczyna tonąć. Czy inne łodzie również toną? Nie wiadomo, nie ma już mowy o żadnych innych łodziach, może zawróciły, a może poza tą jedną konkretną łodzią żadna inna wcale nie jest atakowana. W każdym razie łódź tonie, woda wlewa się do środka. Napełnia się demonami. Serca uczniów zaczynają wypełniać się lękiem. Jest noc, nie ma światła. Jezus śpi.

Uczniowie ogarnięci trwogą nie mogą już dłużej wytrzymać i budzą Jezusa. Mają mu za złe, że łódź przecież niemal tonie, on zaś najnormalniej w świecie śpi. W ogóle to dość zadziwiające, że człowiek jest w stanie spać w takiej sytuacji. To nie jest normalne zachowanie. Nikt nie śpi, kiedy zagraża mu tak ogromne niebezpieczeństwo. Musiałby być chyba bardzo, bardzo chory, albo skrajnie przemęczony. A i to wydaje mi się dosyć naciągane w obliczu zagrożenia życia. Dlaczego więc Jezus śpi? Czy próbuje uczniów? Czy czeka jak długo wytrzymają, co zrobią? Jezus nie robi tego na pewno z ciekawości. Przecież wszystko wie, jeszcze zanim się stanie. Musi to być więc istotne dla uczniów. To całe doświadczenie sztormu, nocy i śpiącego Boga oraz wykonywania na ślepo Jego rozkazów jest własnie dla nich. Ono ma na nich wpłynąć, ma ich w jakiś sposób zbudować, przygotować. Jak? Do czego?

"Czy nic cię to nie obchodzi, że giniemy?"

Znam to pytanie. Pewnie nie tylko ja. Czy nie jest ono pytaniem, które ciska się na usta każdego wierzącego człowieka, który z ufnością powierza swoje życie Bogu, aż nagle przestaje być sielsko anielsko i człowiek musi stanąć twarzą w twarz z demonami? Ja zadałam takie pytanie wczoraj. Dokładnie takie samo. Dlatego właśnie tą Ewangelię postanowiłam rozważyć i zastanowić się nad nią dokładnie. Na prawdę doskonale znam to pytanie. Mogę odnieść tę sytuację jak najbardziej do swojego życia. Ale, co dzieje się dalej?

Jezus wstaje. To jest pierwsza rzecz, którą czyni, gdy ci przestraszeni uczniowie Go budzą. Następnie mówi do jeziora i wichru :"Milcz, ucisz się."

Nie mówi tego wcale do jeziora jako jeziora i wichru jako wichru, to już wiemy. On to mówi do tego Legionu, który czeka na niego na drugim brzegu i już rozpoczął walkę. Ale Jeus jedym zdaniem, jednym rozkazem powstrzymuje szatana. Taką ma nad nim moc. Łódź, uczniów i Chrystusa otacza teraz głęboka cisza. Nadal jest noc, nadal płyną, ale czuje się spokój. I dopiero wtedy Jezus zwraca się do uczniów. W zasadzie nie wiadomo czy karci ich, a moze po prostu ocenia, stwierdza fakt. Pyta ich dlaczego są tak bojaźliwi. Dlaczego tak brakuje im wiary?

Myślę, że uczniowie jeszcze wtedy niewiele rozumieją. W końcu był sztorm, nie potrafili sobie poradzić. Ich ostatnią deską ratunku był Jezus, obudzili Go ale nie spodziewali się, ze uczyni własnie to, co uczynił. Na pewno nie, ponieważ potem bardzo się temu dziwią. Raczej obudzili Go ponieważ kazał im płynąć i sprowadził na nich niebezpieczeństwo, a jednak zupełnie olewa sprawę i śpi, kiedy wszystko się wali To musiało ich zirytować. Mnie by zirytowało. Przecież jak można w ogóle spać w takiej sytuacji? Nie podnieść się, w jakiś sposób pomóc chociaż w walce z żywiołem. Więc raczej obudzili Go z myślą, że zaciągną Go po prostu do pracy. Ale okazuje się, że to w ogóle nie jest walka na ludzkiej płaszczyźnie. Oni tego jeszcze nie rozumieją. Zrozumieją to dopiero, gdy dopłyną do brzegu. Wtedy zobaczą z kim tak na prawdę walczył Chrystus, komu kazał odejść i się uciszyć. Zrozumieli kto tak naprawdę napełnił ich serca trwogą i sprawił, że zwątpili w Chrystusa. Wtedy Legion na samym początku powie im kim jest Jezus. Odda mu pokłon i zapyta: "Czego chcesz ode mnie Jezusie Synu Boga Najwyższego?" I wtedy uczniom wiele się wyjaśni. Tylko Jezys Syn Boga Najwyższego ma moc uciszania demonów, przed nim Legion oddaje pokłon. I wówczas dopiero uczniowie zaczynają rozumieć, jak małej wiary rzeczywiście są. A co ciekawe ostatnią przypowieścią jaką opowiedział Chrytus zanim wypłynęli była właśnie przypowieść o ziarnku gorczycy. A więc uświadomił im całym tym wydarzeniem, że posiadanie wiary jak ziarnko gorczycy wcale nie jest czymś oczywistym. Że brakuje im jeszcze bardzo, bardzo wiele.

I uświadamia to każdemu, kto w rozpaczy wyrzuca Bogu to, że o nim zapomniał. Bóg nie zapomina. Jedynie doświadcza po to, abyśmy mogli dotrzec do jakiejś większej prawdy na temat Jego istoty. Ale nie zostawia nas samych. I ucisza demony. Nie walczy z nimi, bo nie musi. Po postu rozkazuje im i muszą być mu posłuszne. To my musimy walczyć z demonami. I ani na chwilę nie wątpić w Jego moc, bo sami nie jesteśmy w stanie zwyciężyć. Tyle na ten moment.

piątek, 14 stycznia 2011

14.01.2011


Tak na początku, z miejsca, po prszeczytaniu czytań z dzisiejszego dnia, uderza mnie jedno. Paralityk. Jest scena uzdrowienia paralityka, który zostaje zniesiony przez dach do miejsca, w którym znajduje się Chrystus wraz z uczonymi w Piśmie. I Jezus powiedział do paralityka: "Synu odpuszczją ci się twoje grzechy." Nie uzdrowił go od razu z paraliżu, choć to w tej właśnie sprawie go przyniesiono. Nie, zupełnie nie uzdrowienie z paraliżu bylo temu człowiekowi jak widać najbardziej potrzebne. Ale co jeszcze? Co zadziwiło mnie dalej? Ten fragment Ewangelii jest już tak dobrze znany, wręcz oklepany wysłuchiwaniem go kilka razy w ciągu roku. A jednak wciąż dostrzega się w nim nowe rzeczy. I tak dziś rzuciło mi się w oczy, że gdy Chrystus na dowód swojej władzy odpuszczania grzechów mówi do paralityka: "Wstań, weź swoje łoże i idź do domu", ten pposłusznie wstaje i wychodzi. A dopiero pozostali wielbią Boga zdumieni cudem jaki uczynił Chrystus. A ten człowiek wychodzi, jak gdyby nigdy nic. Dlaczego on tak wychodzi? Przecież Bóg właśnie uzdrowił go z paraliżu. Może chodzić, może przecież też mówić, a jednak niczego nie mówi. Nawet nie próbuje pozostać przy Jezusie, skoro już wie, że ten jest Synem Boga. Nie, on po prostu wychodzi. To dla mnie bardzo dziwna i nieco absurdalna postawa. Jakoś sobie nie wyobrażam, że zostałabym uzrowiona i bez żadnej wdzięczności, radości, pokłonienia się z szacunkiem czy czegokolwiek jeszcze, po prostu bym wyszła. To jest główne pytanie, główny problem mojego rozważania, na prawdę zastanawiam się dlaczego tak się właśnie stało.

Bo w ogóle jak wygląda sytuacja?

Jezus powrócił do Kafarnaum. Wcześniej jakiś czas go tam nie było, bo przebywał w innych miejscach. Teraz kiedy powrócił, naucza wszystkich, którzy słyszeli o nim i jeszcze nie mieli okazji go spotkać, oraz tacy, którzy słuchali jego nauk ostatnio, gdy w Kafarnaum przebywał. Jak widać osób jest sporo, dom jest przepełniony. Z żadnej strony nie można się już dostać do środka, wszyscy wytężają słuch, aby złapać przynajmniej co drugie słowo Jezusa, żeby usłyszeć przynajmniej jakiś fragment z Jego nauki. On nie zapraszał tych wszystkich ludzi, aby go posłuchali, bo będzie nauczał. Wygląda na to, że po prostu Jezus wrócił do domu, w którym zwykle się zatrzymywał, a ludzie dowiedzieli się o tym i postanowili przyjść. Prawdopodobnie zupełnie niezależnie od siebie, każdy sam, lub w małych grupach planowali pójść do Chrystusa, a tu nagle okazało się, że nie tylko oni wpadli na taki pomysł, że słuchaczy zebrało się już całkiem sporo.

Taką też grupa byli ci, którzy przybyli z paralitykiem. Ile osób przybyło z nim? Wiemy tylko, że niosło go czterech. Czterech mężczyzn. Czy przyniesienie paralityka do Chrysusa było pomysłem któregoś z nich? A może wszyscy naraz wpadli na taki pomysł? Prawdopodobnie ktoś jeden wpadł na genialny pomysł zaniesienia chorego Chrystusowi. Przecież wiedzą, że nie tylko naucza, ale i uzdrawia. Wcześniej gdy był w Kafarnaum prawdopodobnie również kogoś uzdrowił, więc jest jakaś szansa. Czy z daleka go tak nieśli? Chyba nie aż tak bardzo, skoro zdołali tego samego dnia dotrzeć do domu, w którym nauczał Chrytsus, a przecież mieszkańcy Kafarnaum dopiero co się dowiedzieli o powrocie Jeuzsa. Z drugiej strony spóźnili się. Przybyli na miejsce gdy ludzi już było strasznie, strasznie dużo, że aż się nie mieścili w drzwiach. Pewnie byli trochę zmęczeni,ci co przynieśli paralityka. No i jeszcze nie mogli się dostać do środka, chociaż pewnie przypuszczali że uda im się złapać Jezusa samego. Mogli mieć taką nadzieję. W każdym razie ciekawe jest to, że oni nie rezygnują. W ogóle zachowują się trochę bezczelnie, a na pewno nie dość normalnie. Każdy normalny człowiek po prostu by poczekał. Jezus skończy mówić, ludzie się rozejdą. Ci przyjdą z paralitykiem i poproszą o uzrowienie. W końcu nie ma się co spieszyć, przecież paralityk nie umiera, po prostu nie może się ruszać, a godzina czy dwie go nie zbawi. Ale ci mężczyźni mają jakieś nieco odmienne podejście do sprawy. Oni chcą tak natychmiast wszystko załatwić. Jaki widzą w tym sens? Dlaczego tak bardzo im się spieszy? To jest na prawdę zastanawiające.

No i oni odkrywają dach nad Jezusem. Przychodzą do czyjegoś domu, nie zważają na to, że przeszkadzają Jezusowi w nauczaniu i ludziom z Kafarnaum i okolic, którzy przyszli go posłuchać, nie szanują uczonych w Piśmie, którzy się tam znajdują. Nic z tych rzeczy. Nie przejmując się zamieszaniem, które robią po prostu odkrywają część dachu. Przecież jak to musiało wyglądać. Jezus mówi, ludzie zasłuchani, łowiący każde jego słowo, a tu nagle poruszenie, dach się odkrywa a na górze pokazują się ludzie, którzy na sznurkach spuszczają paralityka leżącego na noszach, prosto nad Jezusem. Musiał przerwać wypowiedź, wszyscy musieli zapatrzeć się w to co się dzieje, pewnie w ogóle zapomnieli o czym wcześniej mówił Jezus, bo pochłonęło ich to dziwaczne wydarzenie. I co się dzieje dalej? Każdy z tam obecnych, widząc paralityka domyśla się, że chodzi o uzdrowienie go z paraliżu. Przecież to oczywiste jak mało co. A jednak Jezus zdaje się tego nie dostrzegać. Jakby przyszedł do niego ktoś całkowicie normalny, zdrowy znaczy, nie potrzebujący zmiany stanu fizycznego. Jezus mówi: "Synu odpuszczają ci się twoje grzechy." Cóż za absurd w ogóle. Człowiek leży na noszach, nie może się poruszać, a Jezus mówi do niego: odpuszczają ci się twoje grzechy. Rzeczywiście musiało to wzbudzić kontrowersje. Sama bym pomyślała, że to jakiś naciągacz, co udaje że nie dostrzega prawdziwego problemu, tylko uwznioślonymi rzeczami się zajmuje, bo tego się nie da udowodnić. Każdy oszust by tak potrafił. Przykro mi się przyznać, że tak samo bym pomyślała, ale tak właśnie niestety było.

W ewangelii jest napisane, że było kilku uczonych w Piśmie, którzy tak właśnie pomyśleli, którzy nie dość że podstęp co i bluźnierstwo w tym wszystkim dostrzegli. Bo wiedzieli, że tylko Bóg ma moc odpuszczania grzechów. A moc uzdrawiania? Kto ma moc uzdrawiania?

"Czemu nurtują te myśli w sercach waszych?" Tak pyta ich Jezus. Tak zapytałby i mnie w tamtej sytuacji, bo i w moim sercu powstałaby taka sama, identyczna myśl. Nazywać Syna Bożego bluźniercą. To straszne, na prawdę przeraża mnie myśl, że podeszłabym do sprawy tak samo jak tamci. Ale Jezus rozumiał ich logikę. Bo przecież oni cały czas w tym wszystkim co myśleli, chcięli być wierni Bogu. Nie chcieli dać się omamić przez fałszywych proroków, bo wierzyli w jedynego Boga Izraela. To nie była zła postawa, tylko z naszej perspektywy, gdy już wszystko wiemy, wydaje się to negatywne. Oni nie byli złymi ludźmi bez wiary, to z resztą widać również dalej. Oni byli mądrymi ludźmi, znającymi Pismo i oddanymi Bogu. To się chwali, zdecydowanie. Po prostu takie zachowanie w ich pojęciu było bluźnierstwem.

"Cóż jest łatwiej: powiedzieć do paralityka: Odpuszczają ci się twoje grzechy, czy też powiedzieć: Wstań, weź swoje łoże i chodź? Otóż, żebyście wiedzieli, iż Syn Człowieczy ma na ziemi władzę odpuszczania grzechów - rzekł do paralityka: Mówię ci: Wstań, weź swoje łoże i idź do domu!"

Wyjaśnił im swój punkt widzenia, swoje zdanie. Logicznie wytłumaczył swoją rację, czemu uczeni w Piśmie nie mogli zaprzeczyć. Bo tak właśnie wszystko wyglądało. O wiele prościej jest powiedzieć odpuszczają ci się twoje grzechy, dlatego właśnie przypuszczali że bluźni. Ale okazało się, że może również dokonać tego, co w pojęciu ludzkim jest trudniejsze. Może uzdrowić paralityka. I uczynił również to. Paralityk wstał i wyszedł.

Jak jakaś zabawka, manekin. Paralityk jest tutaj całkiem bezwolną postacią. Od początku do końca. Przynoszą go ludzie do Jezusa. Wcale nie wiadomo,czy tego chciał, mógł nie chcieć, ale sprzeciw z jego strony nie miał absolutnie żadnego znaczenia. Przecież tak czy owak y go przynieśli, ponieważ wierzyli, że Jezus go uzdrowi. Tak jest też napisane, że ze względu na ich wiarę uzdrowił paralityka. Wcale nie ze względu na wiarę potrzebującego. Paralityk pewnie nie miał wiary. Bo był paralitykiem i fizycznym i duchowym. Jezus najpierw postanawia uleczyć go z duchowego paraliżu. Ale coś średnio widać efekt tak na prawdę, albo ja go nie dostrzegam jeszcze w tym momencie. Nie ma mowy o żadnej przemianie tego człowieka. Jedyna jego reakcja to jest uczynienie dokładnie tego, co nakazał mu Jezus. Ale wcześniej również był poddany woli innych osób. Chociaż wtedy był poddany ich woli bo musiał, a teraz może zdecydować czy postąpić tak, jak chce Jezus, i postępuje właśnie w ten sposób. Ma to sens. Swoją decyzją posłuzeństwa Jezusowi przyczynia się do nawrócenia innych ludzi, przyczynia się do tego, iż wielu ludzi, w tym uczeni w Piśmie dostrzegają wszechmoc Jezusa Chrystusa. A więc paraliż niejako mija, również ten duchowy.

A teraz kolejna myśl mi do głowy wpadła. Jakie grzechy może mieć paralityk? Nie uczynkowe. A więc myśli i słowa. To są jego grzechy. Może bluźnierstwo Bogu? Przecież mógł mieć Bogu za złe, że uczynił go paralitykiem, że skazał go na nędzne życie podczas gdy inni ludzie otaczający go cieszą się zyciem, rodzinami, pracą nawet.

No i paralityk miał dom. Miał dokąd pójść gdy Jezus mu rozkazał. Miał dokąd wrócić. Jaki był dom paralityka? Czy poszedł tam z radością, czy z obawą? Chciał tam wracać, czy czuł sie zobowiązany do powrotu bo tak nakazał mu Jezus?

Wiele pytań. Niech to Słowo wzrasta we mnie w ciągu dzisiejszego dnia mojego powrotu do domu. Może odpowiedź dzięki Łasce Ducha Świętego przyjdzie do mnie w swoim czasie.

wtorek, 11 stycznia 2011

przeszkody i maski

Wiele myśli na dziś. Ciężko wszystko opisać, ująć w słowa. Szczególnie kiedy wisi nade mną mnóstwo obowiązków, rzeczywistość narzuca się i wpycha z butami w każdy fragment mojego życia. Jeszcze trochę i dobiję poziomem frustracji do wszystkich otaczających mnie osób. A może nie, może wcale się tak nie stanie, albo przynajmniej nie tak szybko jak przypuszczam.
Zastanawiałam się dzisiaj nad wspólnotą. Między innymi. Od pewnego czasu mam takie etapy, w których raz czuję, że w końcu odnalazłam się w jakimś miejscu, wśród pewnych osób, że zostanę tam na dłużej. Potem zaś nagle okazuje się, że to jednak wcale nie to, bo wszyscy ci ludzie w jakiś sposób nie pasują do mnie, albo raczej ja do nich. Zawsze jest coś, co nie pozwala mi zostać. Nigdzie nie mogę zagrzać sobie miejsca na dłużej. Do tego stopnia, że rok temu gdy postanowiłam przyjść do dominikańskiego duszpasterstwa akademickiego, już z założenia zaczęłam się zastanawiać jak długo to potrwa, zanim i to miejsce opuszczę. I tkwi ta myśl cały czas, nieustannie gdzieś wewnątrz mnie, chociaż minął już rok i w zasadzie można powiedzieć, że dopiero teraz mogę choć trochę nazwać tą wspólnotę domem. Ale chodzi właśnie o to, że nie mogę nazwać jej domem całkowicie, w pełni. Czegoś brakuje, czegoś istotnego, ale nie potrafię powiedzieć co to takiego. Chociaż teraz tak sobie myślę, że w zasadzie wiem czego. Problem tkwi w tym, że wspólnota, ludzie wszędzie w około obecni i pochłaniający, szybko przysłaniają mi Tego, który jest najważniejszy przecież i powinien być fundamentem. To przecież aby poznawać Boga, aby Jego uwielbiać pojawiam się we wspólnocie. Aby umacniać się w wierze w Niego. A nie po to aby zadzierzgnąć nowe znajomości czy przyjaźnie. Oczywiście ma być miło, ma być przyjemnie i rozrywkowo, dlaczego nie. Ale to wszystko nie jest celem, nie jest nawet środkiem. Po prostu jest efektem przebywania w grupie, jakiejś przynależności. Ale nie może absolutnie przysłaniać tego, co jest najistotniejsze.
Wczoraj tak sobie myślałam o tym nawet. Że nawet na eucharystii w tamtym środowisku jestem inna niż gdy jestem sama, anonimowo modlę się podczas liturgii. W jakąś maskę się ubieram, a przecież nakładanie maski jest wyraźnym znakiem, że miejsce w którym się znajduję nie jest dla mnie. Są przecież sytuacje i osoby przy których potrafię być całkowicie sobą. Tak myślę.
Z resztą nieważne, kluczem jest fakt, że zatraciłam gdzieś priorytety i przyszedł czas, aby to odwrócić. Ot co.

Kim jest Jezus Chrystus?

W Liście do Hebrajczyków św. Paweł nieco wyjaśnia:
-Synem Boga
-Tym, który przemawia w Jego Imieniu.
-Dziedzicem wszystkich rzeczy.
-Tym, przez którego Bóg stworzył wszechświat.
-odblaskiem Jego chwały
-odbiciem Jego istoty
-Tym, który podtrzymuje wszystko Słowem swojej potęgi oraz dokonał oczyszczenia z grzechów

Szczególnie w tym opisie, znanym poniekąd z wyznania wiary odmawianego podczas niedzielnej liturgii, rzuca mi się w oczy jedno: Chrystus jest tym, przez którego Bóg stworzył wszechświat. I tutaj potrzebny jest powrót do Ewangelii Jana, do Prologu samego:

Na początku było Słowo
a Słowo było u Boga,
i Bogiem było Słowo.

2 Ono było na początku u Boga.

3 Wszystko przez Nie się stało,
a bez Niego nic się nie stało,
co się stało.

Zwykle jakoś jest tak, że nie myślę w ten sposób o Chrystusie. Że to przez Niego świat został stworzony. A przecież Słowo Boga ma moc sprawczą. I właśnie to Słowo, ten sam Jezus Chrystus przez którego powstał wszechświat, urodził się jako człowiek na Ziemi, wśród ludzi żył i nauczał. A każde Jego Słowo, które również po świecie nauczając wypowiadał, miało i wciąż ma, moc sprawczą. I wszystkie Jego Słowa zapisane w Ewangelii, są takimi jak te, które stworzyły świat. Ten sam niepojęty Bóg je wypowiedział. Jakże więc można lepiej poznawać Stwórcę, niż przez to co sam o sobie opowiada? Przecież nikt nie zna Boga lepiej niż On sam. Dlatego Pismo Święte, a w szczególności Nowy Testament jest kluczem do poznania przynajmniej w pewnym nikłym stopniu Tego, którego dusza pragnie poznawać całą wieczność.

W kalendarzu roku kościelnego rozpoczyna się teraz okres zwykły. Czas jakby się zresetował, wszystko rozpoczyna się w pewnym sensie na nowo. Dzisiejsza Ewangelia również wraca do początków, do momentu gdy Jan Chrzciciel zostaje uwięziony, zaś Jezus głosi Ewangelię w Galilei i tam również powołuje pierwszych uczniów. Szymon i Andrzej. Jakub i Jan. Bracia. Pracujący ciężko, wykonujący swoje codzienne obowiązki. Jedni zarzucali sieci, inni naprawiali je, aby nadawały się do poławiania. I jakoś tak dla mnie zawsze zagadką było, dlaczego właśnie te czynności wykonywali przyszli apostołowie. Szymon-Piotr zarzucał sieci. A Chrystus, którego Słowo ma moc sprawczą powiedział: Pójdźcie za mną a sprawię, że staniecie się rybakami ludzi. A oni poszli. Jak poszli? NATYCHMIAST. To jest ważne, bardzo ważne słowo, właściwie od niego chciałam zacząć dzisiejsze rozważanie. Natychmiast pójść za Chrystusem, jest to postawa, której zwykle nie mamy. Mało kto gotów jest na coś takiego. Lubimy czekać, zastanawiać się, rozważać argumenty za i przeciw. Ale w kwestii pójścia za Chrystusem nie ma już czego rozważać. Tylko pójść po prostu, ufając. Przecież to Bóg! Sam Bóg! Więc czemu nadal się nie ruszasz człowieku? Czemu siedzisz w swoim małym światku i narzekasz na rzeczywistość szarą i wszechogarniającą tą szarzyzną właśnie? Dlaczego mimo że nazywasz się osobą wierzącą nie ufasz Mu na tyle, aby pójść za Jego głosem? Dlaczego ja wciąż jeszcze waham się, rozmyślam, planuję?

W pierwszy dzień okresu zwykłego, czasu w którym w kościele nic się nie dzieje, Chrystus mówi: Pójdź za mną. Wejdź za mną do tej właśnie pozornie nudnej i monotonnej codzienności, a ja przemienię ją i sprawię, że odnajdziesz swoje miejsce w świecie bardziej niż kiedykolwiek marzyłeś. Tylko zacznij już, w tym właśnie momencie, bez dłuższego wahania. Bo na prawdę nie ma na co czekać.

A gdy już uczynimy ten pierwszy krok, On sprawi, że będziemy absolutnie spełniać się w naszym powołaniu, wykonywać to co robimy najlepiej zgodnie z Jego planem. Nie będziemy zwyczajnymi rybakami, ale rybakami ludzi. Nie zwyczajnymi lekarzami, lecz lekarzami ludzkich serc. Nie nauczycielami w szkołach, lecz nauczycielami życia, nauczycielami wiary. I tak dalej, każdy inaczej, każde powołanie, każda pasja. Wszystko w Jego planie nabiera sensu.

Tak więc na początek okresu zwykłego, należy zapamiętać jedno słowo: natychmiast.

poniedziałek, 10 stycznia 2011

chrzest

To będzie blog kogoś do kogo mówi Bóg.
Tak. Mówi do mnie Bóg.
Słucham Słów Tego, który stworzył świat, człowieka, mnie i Ciebie.
A potem przyszedł na ten świat sam jako Człowiek, choć Bóg jednocześnie.
I jako człowiek umarł.
A jako Bóg zmartwychwstał.



Niedziela Chrztu Pańskiego.
Bardzo dobry dzień, a właściwie noc już i tak pewnie zazwyczaj będzie, na początek. Chrzest jest dobrym początkiem. Zdecydowanie.
Izajasz w dalszym ciągu prorokuje. O Chrystusie. I o każdym z nas.
Bóg mówi: "Oto mój sługa, którego podtrzymuję. Wybrany mój, w którym mam upodobanie." Bardzo dowartościowujące są te słowa. Warto byłoby je zapamiętać sobie i powtarzać w ciężkich życiowych momentach. Jestem wybranym przez Boga. On ma we mnie upodobanie. Znaczy-podobam mu się. Człowiek podoba się Bogu, jest o tym mowa już w Księdze Rodzaju, kiedy "widział, że wszystko co uczynił było bardzo dobre." I takimi właśnie On nas ciągle widzi. Jesteśmy Jego stworzeniem i jest dumny z tego jak nas stworzył. Wcale nie uważa, że Mu się nie udaliśmy, chociaż bardzo wielu ludzi żyje w takim przekonaniu. Że przecież Bogu musiało się coś pomylić, skoro człowieka uczynił wadliwym, bo zdolnym do grzechu. Ale nie, w tym się objawia właśnie nasza doskonałość. A w zasadzie jeszcze wyraźniej objawia się w tym Jego doskonałość, przede wszystkim zaś miłość przeogromna i zupełnie niepojmowalna. Miłość, która pozwala nawet odrzucić siebie w imię wolności drugiego człowieka. A potem jeszcze potrafi przebaczyć to odrzucenie. Nie raz, a ogrom razy, bo przecież człowiek grzesznym jest i odrzuca Boga niemal codziennie. Taki jest. I wybiera nas. "Wybrany mój". Do czego nas wybiera? Izajasz prorokuje tutaj o Chrystusie. Ale i do nas także przecież. Więc skoro Jezus wybrany i umiłowany syn przyszedł na świat i dał świadectwo o Ojcu, to prawdopodobnie i my do tego zostaliśmy wybrani. Choć wybrani zostaliśmy też do tego, żeby w ogóle zaistnieć. Przecież zostaliśmy stworzeni. Ja, Ty, sąsiad, koleżanka z pracy. Nikt inny, tylko my właśnie. Bo tak czysto biologicznie nawet ten plemnik, a nie inny, z tym zestawem genów a nie innym i ta właśnie komórka jajowa z takimi genami w tej właśnie konkretnej kombinacji. Każda inna kombinacja mogła zaistnieć, ale nie zaistniała. A ja, Ty zaistnieliśmy. A więc powstaliśmy. Dlaczego? Ponieważ Bóg zobaczył nas, spodobaliśmy się Jemu, ja i Ty i rzekł: "Niech się tak stanie." Przecież to w ogóle nie do pojęcia, że właśnie ja się urodziłam, choć przecież mógł się urodzić ktokolwiek inny. Jak się nad tym zastanowić, to na prawdę trzeba być wybranym. Spośród tych wszystkich kombinacji, które mogłyby zaistnieć, a przecież nie powstały. Jestem za to ja, bo Bóg mnie wybrał. I umiłował, znaczy pokochał. A Duch Boga spoczął na mnie.
Tyle na początek. Muszę się oswoić z nowością.
Pamiętaj: Jesteś umiłowanym i wybranym przez Boga.
A to zobowiązuje.
I generalnie w tym właśnie tkwi cały "problem", że zobowiązuje.
Więc zdaj sobie sprawę z tego kim jesteś dla Boga, a jutro pójdziemy dalej.