wtorek, 11 stycznia 2011

przeszkody i maski

Wiele myśli na dziś. Ciężko wszystko opisać, ująć w słowa. Szczególnie kiedy wisi nade mną mnóstwo obowiązków, rzeczywistość narzuca się i wpycha z butami w każdy fragment mojego życia. Jeszcze trochę i dobiję poziomem frustracji do wszystkich otaczających mnie osób. A może nie, może wcale się tak nie stanie, albo przynajmniej nie tak szybko jak przypuszczam.
Zastanawiałam się dzisiaj nad wspólnotą. Między innymi. Od pewnego czasu mam takie etapy, w których raz czuję, że w końcu odnalazłam się w jakimś miejscu, wśród pewnych osób, że zostanę tam na dłużej. Potem zaś nagle okazuje się, że to jednak wcale nie to, bo wszyscy ci ludzie w jakiś sposób nie pasują do mnie, albo raczej ja do nich. Zawsze jest coś, co nie pozwala mi zostać. Nigdzie nie mogę zagrzać sobie miejsca na dłużej. Do tego stopnia, że rok temu gdy postanowiłam przyjść do dominikańskiego duszpasterstwa akademickiego, już z założenia zaczęłam się zastanawiać jak długo to potrwa, zanim i to miejsce opuszczę. I tkwi ta myśl cały czas, nieustannie gdzieś wewnątrz mnie, chociaż minął już rok i w zasadzie można powiedzieć, że dopiero teraz mogę choć trochę nazwać tą wspólnotę domem. Ale chodzi właśnie o to, że nie mogę nazwać jej domem całkowicie, w pełni. Czegoś brakuje, czegoś istotnego, ale nie potrafię powiedzieć co to takiego. Chociaż teraz tak sobie myślę, że w zasadzie wiem czego. Problem tkwi w tym, że wspólnota, ludzie wszędzie w około obecni i pochłaniający, szybko przysłaniają mi Tego, który jest najważniejszy przecież i powinien być fundamentem. To przecież aby poznawać Boga, aby Jego uwielbiać pojawiam się we wspólnocie. Aby umacniać się w wierze w Niego. A nie po to aby zadzierzgnąć nowe znajomości czy przyjaźnie. Oczywiście ma być miło, ma być przyjemnie i rozrywkowo, dlaczego nie. Ale to wszystko nie jest celem, nie jest nawet środkiem. Po prostu jest efektem przebywania w grupie, jakiejś przynależności. Ale nie może absolutnie przysłaniać tego, co jest najistotniejsze.
Wczoraj tak sobie myślałam o tym nawet. Że nawet na eucharystii w tamtym środowisku jestem inna niż gdy jestem sama, anonimowo modlę się podczas liturgii. W jakąś maskę się ubieram, a przecież nakładanie maski jest wyraźnym znakiem, że miejsce w którym się znajduję nie jest dla mnie. Są przecież sytuacje i osoby przy których potrafię być całkowicie sobą. Tak myślę.
Z resztą nieważne, kluczem jest fakt, że zatraciłam gdzieś priorytety i przyszedł czas, aby to odwrócić. Ot co.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz