niedziela, 31 lipca 2011

Po śmierci Jana Chrzciciela

To dosyć niezwykłe, że ostatni post na tym blogu jaki zamieściłam w maju również tyczył się ewangelii o cudzie rozmnożenia chleba. Dzisiaj własnie te słowa skierowane są do Kościoła. Te słowa skierowane są do mnie.

Ostatnimi czasy moje życie przesiąknięte jest religijną stagnacją, całkowitym zawieszeniem przerywanym jedynie czasami jakimś zrywem kiedy przypominam sobie, że przecież jest Bóg, że przecież jest Ojciec, który tak bardzo za mną tęskni i nie może się doczekać kiedy Jego marnotrawna córka powróci. Ale ja nie wracam i nie wracam, już od jakiegoś czasu. Nieustannie moją głowę zaprzątają miliony małych, codziennych spraw związanych z planowaniem przyszłości. Ale to jest jedynie planowanie, przygotowywanie się, które w rzeczywistości jest przecież i tak niewiele warte w porównaniu z Tym, który jako jedyny jest na prawdę ważny. Uświadomiły mi to słowa z ewangelii św. Jana, które nietypowo dostałam smsem kilka dni temu o godzinie 3 w nocy, kiedy kolejną noc z rzędu siedziałam przy komputerze planując noclegi i trasy po przylocie do Madrytu i Porto. Próbowałam uwzględnić miesca, dojazdy, koszty noclegów, ceny metra i wyżywienia. Kilka godzin spędziłam nad mapą, żeby uświadomić sobie dokładnie w którym miejscu znajduje się plaża i jak dotrzeć na nią wysiadając z metra w Porto. W tym czasie jednocześnie dyskutowałam z koleżanką odnośnie noclegów i średniego dziennego kosztorysu. I wtedy właśnie dotarło do mnie Słowo: "Martwisz się i niepokoisz o wiele, a potrzeba mało albo tylko jednego." Właśnie tak. Tylko jednego potrzeba w całym tym moim przygotowaniu do pielgrzymki. I wcale nie świadomości dachu nad głową i pełnego brzucha. Zupełnie nie tego, bo przecież celem tego całego przedsięwzięcia nie jest rozrywkowo - turystyczne przejście kilkuset km. Tu chodzi o coś dużo ważniejszego, coś uświęcającego. Chodzi o sacrum, o nawrócenie i stanie się nowym człowiekiem. Tego właśnie oczekuję po Camino de Santiago. Tego moja dusza i ciało potrzebuje w tej chwili bardziej niż czegokolwiek innego. Tego właśnie, prawdziwego pielgrzymowania popchniętego do przodu pragnieniem serca, pragnieniem zbliżenia się do Boga - miłosiernego Ojca, który czeka na mnie gdzieś u kresu mej wędrówki. I to nie chodzi o to, żebym znalazła Boga dopiero kiedy dotrę do Santiago. Nie chodzi nawet o to, żebym znalazła go w którymkolwiek innym momencie. Istotą jest samo wyruszenie ku Niemu, na spotkanie z Nim. Dlaczego? Ponieważ na tym właśnie polega nawrócenie. Przecież syn marnotrawny idąc do domu nie spodziewał się, że ojciec, którego już na drodze zobaczył, podbiegnie do niego. Nie spodziewał się tego ponieważ czuł się absolutnie niegodny nazywania siebie synem tego człowieka, którego zdradził, porzucił i ograbił z majątku. I bynajmniej nie oczekiwał, że ojciec w ogóle przyjmie go. Myślę, że spodziewał się odrzucenia, odmowy. Przecież prosząc ojca o majątek zachował się jak ktoś, kto za życia uśmiercił własnego rodzica. Wymusił na ojcu coś, czego nie powinien zrobić nikt. A teraz wracał ze świadomością dna, jakiego dosięgnął. Wiedział jak wygląda, wiedział, że kiedy ojciec go zobaczy pomyśli: "dobrze mu tak". Wiedział, ale się mylił. Bo ojciec nie mierzył miarą młodzieńca. Ojciec posłużył się miarą miłości bez miary i z pełen radości, wzruszenia, ze łzami w oczach pobiegł ku synowi nie zważając na swój wiek i to, że stracom biegać nie przystoi w ogóle. Pobiegł do syna, śmierdzącego, wychudłego włóczęgi rozpoznając w nim tego, kogo kochał ponad własną godność. Pobiegł ku niemu i przygarnął do siebie z czułością. Nie pozwolił na tą pokutę, jaką syn sam sobie wymyślił. Ojciec wiedział, że świadomość tego wszystkiego co syn uczynił jest wystarczającą pokutą przeżywaną do końca życia. I powitał syna i synem go nazwał. Bo grzechy i brud i bieda i zatracenie wszystkich darów, wspaniałego dziedzictwa nie ugasiły miłości ojca. Powrót syna był jak balsam dla jego duszy. Był uspokojeniem, że jego ukochane dziecko jest znowu bezpieczne. On na prawdę bardzo kochał syna.

Oczywiście wiadomo, ze to jest właśnie Bóg. Ostatnio w moich modlitwach (których de facto jest mniej) i w myślach i w pisaniach wszelakich, o Bogu myśłę jako o moim Ojcu. Wołam do niego w głowie "Tato ratuj!" Bo wiem, że tylko On może mnie uratować. I to nie chodzi o to, że dzieje się ze mną coś koszmarnego, ale jakieś zło mnie otacza i jakieś zagubienie duchowe, którego wcale nie chcę przeżywać. Ale czasami trzeba przeżyć coś takiego, żeby doświadczenie mogło ukształtować moje myśli i doprowadzić je do jakiegoś konkretnego stanu. Tak jak syna marnotrawnego los doprowadził do sytuacji, kiedy zatęsknił za domem swego ojca. Właśnie tak samo ja tęsknię za bliskością Boga, za pełnym uczestnictwem w Eucharystii i poruszaniem się w Bogu (jak pisał św. Paweł: "W Nim żyjemy, poruszamy się i jesteśmy.")
Tak więc: Tęsknię za Tobą Tato! Chcę wrócić do Ciebie, do Twojego domu. Wcale nie oczekuję uczty i tego że wybiegniesz mi na spotkanie a potem dostanę wszystko cokolwiek zechcę, tak jak wcześniej. Nie oczekuję tego wszystkiego, ale jednocześnie wiem, że tak właśnie postąpisz. Wiem, że wybiegniesz mi na spotkanie, już wybiegłeś. Wiem, że czekasz na ten moment, kiedy pełen miłości otoczysz mnie ramionami. Wiem, że zaprosisz mnie na ucztę - ofiarę Jezusa Chrystusa. Wiem, że odziejesz mnie w białą szatę przebaczenia grzechów. Wiem, że chcesz to uczynić i wiem, że ja również tego pragnę teraz zmierzając ku Tobie. Ale idę dość niepewnie. Wszystko bowiem chcę od Ciebie przyjąć, ale zupełenie nie wiem co powiedzieć, kiedy zapytasz w jaki sposób przepuściłam wszystkie Twoje dary, wszystkie bogactwa. A wiem, że o to zapytasz mnie najpierw w sakramencie pokuty....

A Jezus oddalił się od Jerozolimy powodowany żalem z powodu straty kuzyna, którym był św. Jan Chrzciciel. Gdyby kogoś z mojej rodziny (kogo bardzo kocham i kto jednocześnie poświęcił całe życie dla mnie i za mnie) zamordowano, przepełniałaby mnie prawdopodobnie nienawiść. Chociaż nie chciałabym wypełniać się nienawiścią. A co czuł Jezus? Z całą pewnością czuł ogromny żal i smutek. Jego brat niemalże został zamordowany dla uciechy jakiejś tam młodej dziewczyny i jej matki! Dlatego żeby odetchnąć w samotności poszedł na pustynię. Ukrył się tam z dala od ludzi, w oddaleniu od wszystkich rozmów, działania cudów i tego wzyskiego co nieustannie właściwie musiał robić. Próbował się od tego wszystkiego oddalić, ale beznadziejnie Mu to nie wychodziło. Przecież tłumy ludzi dowiedziały się gdzie jest i Go "dorwały". Dlatego zawsze cud rozmnożenia chleba wydaje mi być takim niechętnym cudem. Rozmnożenie chleba.