niedziela, 8 maja 2011

To Ja jestem

Po największym cudzie wszystko wraca do porządku dziennego. Dzisiaj mowa o rozmnożeniu chleba. Cud, bez dwóch zdań. A uczniowie Jezusa pogrążają się po nim. Zmierzch, jezioro; znana sceneria, taka sama jak w Ewangelii o burzy na jeziorze-bardzo konkretnej burzy. Apostołowie nie raz doznają niepokoju, nie raz atakuje ich szatan. Płyną tutaj do Kafarnaum, bez Jezusa. Nie ma Go. Jest za to nastająca noc i jezioro. Woda- siedlisko demonów, po którym decydują się płynąć w ciemności. Jest silny wiatr, wzburzone jezioro i niczego nie widać. A "Jezus jeszcze do nich nie przyszedł".
Wygląda to wszystko niezwykle znajomo. Ile razy w moim życiu się tak wydarza, że po bardzo silnym doświadczeniu Boga nadchodzi moment upadku, powrotu w grzech. Cud cudem a życie toczy się dalej tak samo i grzeszny człowiek upada tysięczny raz, gdy tylko nie ma przy nim Boga. I robi się coraz gorzej. Najpierw jest tylko zmierzch i jezioro, po którego tafli płynie się barką. A potem nagle zrywa się wiatr, fale zaczynają kołysać łodzią, a mnie otacza ciemność. To się dzieje zawsze, prędzej czy później zawsze upadam, bez względu na to jak blisko Boga byłam wcześniej. I apostołowie mieli zupełnie tak samo, nic chlubnego. Jeden z tych opisów ewangelicznych, których by nie umieszczono, gdyby wymyślano Ewangelię. Nic stawiającego apostołów w dobrym świetle. Za to mądre to niezwykle i pokrzepiające, bo takie być miało.
Apostołom ukazuje się Jezus.
Gdy upłynęli już około trzydziestu stadiów, a więc byli prawie na środku jeziora, w każdym razie na pewno byli już wystarczająco daleko, aby nie wracać. Zobaczyli Jezusa.Nie spodziewali się Go tam, nic dziwnego. Człowiek brnący w grzech też nie spodziewa się spotkać tam Jezusa, raczej ma wrażenie że się od Niego oddala. Szczególnie jeżeli jest już tak bardzo zanurzony w grzechu, że ma wrażenie ze nigdy nie powróci do tego cudu Bożej bliskości, jakiego doświadczał kiedyś.
I w takiej sytuacji ukazuje się Jezus. On kroczy po jeziorze. Idzie w tą ciemność, wiatr i fale. Wkracza w nasz grzech, nasz szeol. Wchodzi w sam środek bagna, z którego nie jesteśmy się już w stanie wyplątać. Jest z nami w samym środku grzechu, w którym się znaleźliśmy. I mówi: "To Ja jestem, nie bójcie się." On idzie za nami do tych najgorszych miejsc, do tej najgorszej ciemności. Idzie tam i w momencie gdy wydaje nam się, że nie ma odwrotu, że cuda zostały za plecami a przed nami jest tylko noc i wicher, Jezus mówi "nie bójcie się". Bo się boimy, a przynajmniej ja się boję. Kiedy już dotrze do mnie w co się wpakowałam, w jaki grzech i jak bardzo zabrnęłam, zaczynam się bać. Że to się już nigdy nie skończy i że nigdy już Bożych cudów nie doświadczę. Ale On przychodzi. I nie na tym się kończy. On nie zostawia mnie samego, ani nie płynie w mojej grzechowej łódce dalej. On ma moc doprowadzić mnie do brzegu. Może skończyć ciemność i tułaczkę. Może dać mi nowe życie, nowy brzeg, na którym czeka na mnie. I o tym muszę pamiętać zawsze, kiedy grzech mnie przytłoczy, kiedy będę myślała że nie ma już odwrotu. Bo tam właśnie jest Chrystus chcący Swoją Mocą doprowadzić mnie do nowego startu. On ma wyjście z każdego mojego grzechu, chociaż ja nie wiem jak się z nimi uporać. Jemu dlatego należy zaufać, bo On czeka.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz