niedziela, 30 stycznia 2011

walka z demonami


Słowa Ewangelii według św. Marka. Przez cały dzień Jezus nauczał w przypowieściach. Gdy zapadł wieczór owego dnia, rzekł do uczniów: "Przeprawmy się na drugą stronę". Zostawili więc tłum, a Jego zabrali, tak jak był w łodzi. Także inne łodzie płynęły z Nim.

Naraz zerwał się gwałtowny wicher. Fale biły w łódź, tak że łódź się już napełniała. On zaś spał w tyle łodzi na wezgłowiu. Zbudzili Go i powiedzieli do Niego: "Nauczycielu, nic Cię to nie obchodzi, że giniemy?" On wstał, rozkazał wichrowi i rzekł do jeziora: "Milcz, ucisz się". Wicher się uspokoił i nastała głęboka cisza. Wtedy rzekł do nich: "Czemu tak bojaźliwi jesteście? Jakże wam brak wiary?" Oni zlękli się bardzo i mówili jeden do drugiego: "Kim właściwie On jest, że nawet wicher i jezioro są Mu posłuszne?"


To jest wspaniała Ewangelia. Jestem pewna, że pozwoli mi wiele zobaczyć, chociaż w tym momencie, na początku dostrzegam niewiele.

Nadszedł wieczór. To po pierwsze. Dzień dobiega końca, za chwilę nadejdzie noc. Są dwa takie momenty w ciągu doby. Wieczór i poranek. Momenty przejścia. Poranek jest przejściem z nocy do światła. To poranek jest symbolicznym czasem Zmartwychwstania. Przejściem z ciemności do jasności. Porankiem jest chrzest. Pierwsi chrześcijanie przyjmując chrzest, gdy wyrzekli się szatana, odwracali się z zachodu na wschód-kierowali wzrok, całe ciało ku wschodzącemu słońcu. Poranek więc jest chwilą zwycięstwa światłości nad ciemnością. Życia nad śmiercią. Zwycięstwa Miłości nad brakiem Miłości. Bo tym jest zło właśnie-świadomym odrzuceniem Miłości. Nie jest jakąś alternatywną siłą przeciwstawiającą się Miłości i zapewniającą równowagę światu. Zło jest brakiem Dobra. Wybór zła jest więc w rzeczywistości wynikiem odrzucenia Dobra. Gdy człowiek odrzuca Boga, odrzucając Jego Dobro, automatycznie odwraca się w tronę zła. Co wtedy może uczynić Bóg? Ceniąc sobie ponad wszystko naszą wolność, która nierozerwalnie łączy się z miłością, może jedynie czekać, aż zmienimy zdanie. Oczywiście podejmuje próby przekonania człowieka, że dokonał niewłaściwego wyboru, ale nie może zmusić go do zwrócenia się ponownie w kierunku Jego Samego. Dlaczego nie może? Ponieważ byłoby to zaprzeczeniem Jego boskiej istoty. Odbierając człowiekowi wolną wolę, zanegowałby samego Siebie. Ponieważ absolutna miłość nie wymaga niczego, zaś gotowa jest wszystko poświęcić. Człowiekowi ciężko jest to zrozumieć, ponieważ poza Bogiem nikt nie jest w stanie zdobyć się na taki sposób kochania. Można się bardzo starać i oddać życie za innego człowieka, to jest największy przejaw miłości na jaki człowiek może się zdobyć. Byli tacy ludzie, kościół nazywa ich świętymi. Ale nie o tym chcę pisać, zeszło na inne zupełnie tory.

Wracam więc do faktu odrzucenia Boga i wyboru zła jako konsekwencji tego czynu. Bóg szanując decyzję człowieka, czeka na jego kolejny krok. Co robi w tej konkretnej Ewangelii Jezus? Śpi. Jest wieczór, światłość przechodzi w ciemność, Bóg zasypia. To są pierwsze i moim zdaniem najważniejsze symbole w tej Ewangelii.

Co jeszcze widzimy?

Jaki był dzień, który własnie dobiega końca? Co się wydarzyło? Czy było to coś istotnego? O czym mówił Jezus uczniom tamtego dnia? Czy uzdrowił kogoś? Trzeba spojrzeć wstecz. Przez cały dzień Jezus nauczał w przypowieściach. Co to były za przypowieści? Czy ich treść ma jakiś związek z tym co stało się później?

Przypowieści były o siewcy, lampie, mierze, zasiewie, zairnku gorczycy. Generalnie są to przypowieści o wierze, o słuchaniu Słowa Bożego, o Królestwie Bożym. Myslę, że wymaga to osobnego rozważenia, z pewnością pozwoliłoby to pod jeszcze innym kątem spojrzeć na tę konkretną Ewangelię.

Ale wydaje mi się, że jeszcze ważniejsze, a własciwie najistotniejsze jest miejsce, do którego właściwie płyną i wszystko to, co dzieje się, gdy już docierają do celu. Otóż Jezus uzdrawia opętanego. Ten człowiek jest opętany, ma w sobie potężnego demona imieniem Legion, a więc jest pod władaniem całego legionu demonów. Chrystus wyrzuca je w świnie, które toną w jeziorze. Tak to wygląda w ogromnym skrócie. Na ten moment powinno jednak wystarczyć.

Powróćmy więc do sytuacji, którą w tym ewangelicznym obrazie widzimy. Jezus wraz z uczniami płyną wieczorem łodzią przez jezioro . Dnia poprzedzającego Chrystus nauczał przypowieściami. Kolejny dzień będzie dniem pokonania legionu demonów. Można powiedzieć, że oni wszyscy płyną jakby na wojnę, lecz jedynie Jezus wie, co ma się rzeczywiście wydarzyć. Zapada zmrok, wkraczają w noc.

Kolejne dwie uwagi.

Jezus skończył nauczać i postanowił przeprawić się na drugą stronę. To znaczy- przez całe jezioro, tak że już dalej nie można. Dziś jest w jednym miejscu, jutro chce być, można powiedzieć, w skrajnie innym. Uczniowie nie pytają się Jezusa, dlaczego chce płynąć aż tam. A przecież mogliby zatrzymać się jeszcze w wielu miejscach po drodze. W ogóle mogliby też coś zjeść, albo jakos przygotować się do drogi, ale nie robią tego. Po prostu Jezus kończy nauczać, mówi do uczniów, żeby się przeprawili na drugą stronę i pospiesznie odpływają. Jezus nauczał już w łodzi, nie był nawet na brzgu, więc wyobrażam sobie, że uczniowie na Jego słowa po prostu również do tej łodzi wsiadają i odbijają od brzegu. Tłum się rozchodzi. Część ludzi wsiada do swoich łodzi i płyną razem z Nauczycielem. Jest więc kilka łodzi, wszystkie płyną tam, dokąd chce płynąć Jezus. Nie wiedzą po co On właściwie chce tam płynąć, ale podążają za Nim. Ufają mu, albo po prostu bardzo są ciekawi Jego nauki. W każdym razie płyną.

Trochę mi to przypomina wyprawę wojenną. Z jednej strony łodzie w uczniami Chrystusa, po drugiej zaś stronie jeziora, na brzegu czeka Legion. Czy Legion wie, że zbliża się do niego Jezus? Ależ oczywiście że tak. Właśnie stąd bierze się "gwałtowny wicher".

W ogóle oczywiście kolejne symbole. Ta Ewangelia pełna jest biblijnej symboliki. W Biblii Bóg objawia się w wietrze, ale w powiewie lekkim i delikatnym. Natomiast szatan jest utorzsamiany z gwałtownym wichrem, szumem i burzą. Tak więc tutaj już widzimy pierwszy symbol mówiący o ataku Szatana.

Kolejnym symbolem jest sama woda. Biblia wodę traktuje jako siedlisko demonów. Tak samo jak Tobiasz walczy z demonem wydobywającym się z wody zanim przybędzie zwalczać demony swojej przyszłej żony. Zupełnie analogicznie legion walczy z Jezusem i uczniami jeszcze zanim przybędą, posługując się właśnie wodą. Widzimy, że fale biją w łódź i łódź napełnia się wodą. A więc można powiedzieć, że żywioł wygrywa, łódź niemalże zaczyna tonąć. Czy inne łodzie również toną? Nie wiadomo, nie ma już mowy o żadnych innych łodziach, może zawróciły, a może poza tą jedną konkretną łodzią żadna inna wcale nie jest atakowana. W każdym razie łódź tonie, woda wlewa się do środka. Napełnia się demonami. Serca uczniów zaczynają wypełniać się lękiem. Jest noc, nie ma światła. Jezus śpi.

Uczniowie ogarnięci trwogą nie mogą już dłużej wytrzymać i budzą Jezusa. Mają mu za złe, że łódź przecież niemal tonie, on zaś najnormalniej w świecie śpi. W ogóle to dość zadziwiające, że człowiek jest w stanie spać w takiej sytuacji. To nie jest normalne zachowanie. Nikt nie śpi, kiedy zagraża mu tak ogromne niebezpieczeństwo. Musiałby być chyba bardzo, bardzo chory, albo skrajnie przemęczony. A i to wydaje mi się dosyć naciągane w obliczu zagrożenia życia. Dlaczego więc Jezus śpi? Czy próbuje uczniów? Czy czeka jak długo wytrzymają, co zrobią? Jezus nie robi tego na pewno z ciekawości. Przecież wszystko wie, jeszcze zanim się stanie. Musi to być więc istotne dla uczniów. To całe doświadczenie sztormu, nocy i śpiącego Boga oraz wykonywania na ślepo Jego rozkazów jest własnie dla nich. Ono ma na nich wpłynąć, ma ich w jakiś sposób zbudować, przygotować. Jak? Do czego?

"Czy nic cię to nie obchodzi, że giniemy?"

Znam to pytanie. Pewnie nie tylko ja. Czy nie jest ono pytaniem, które ciska się na usta każdego wierzącego człowieka, który z ufnością powierza swoje życie Bogu, aż nagle przestaje być sielsko anielsko i człowiek musi stanąć twarzą w twarz z demonami? Ja zadałam takie pytanie wczoraj. Dokładnie takie samo. Dlatego właśnie tą Ewangelię postanowiłam rozważyć i zastanowić się nad nią dokładnie. Na prawdę doskonale znam to pytanie. Mogę odnieść tę sytuację jak najbardziej do swojego życia. Ale, co dzieje się dalej?

Jezus wstaje. To jest pierwsza rzecz, którą czyni, gdy ci przestraszeni uczniowie Go budzą. Następnie mówi do jeziora i wichru :"Milcz, ucisz się."

Nie mówi tego wcale do jeziora jako jeziora i wichru jako wichru, to już wiemy. On to mówi do tego Legionu, który czeka na niego na drugim brzegu i już rozpoczął walkę. Ale Jeus jedym zdaniem, jednym rozkazem powstrzymuje szatana. Taką ma nad nim moc. Łódź, uczniów i Chrystusa otacza teraz głęboka cisza. Nadal jest noc, nadal płyną, ale czuje się spokój. I dopiero wtedy Jezus zwraca się do uczniów. W zasadzie nie wiadomo czy karci ich, a moze po prostu ocenia, stwierdza fakt. Pyta ich dlaczego są tak bojaźliwi. Dlaczego tak brakuje im wiary?

Myślę, że uczniowie jeszcze wtedy niewiele rozumieją. W końcu był sztorm, nie potrafili sobie poradzić. Ich ostatnią deską ratunku był Jezus, obudzili Go ale nie spodziewali się, ze uczyni własnie to, co uczynił. Na pewno nie, ponieważ potem bardzo się temu dziwią. Raczej obudzili Go ponieważ kazał im płynąć i sprowadził na nich niebezpieczeństwo, a jednak zupełnie olewa sprawę i śpi, kiedy wszystko się wali To musiało ich zirytować. Mnie by zirytowało. Przecież jak można w ogóle spać w takiej sytuacji? Nie podnieść się, w jakiś sposób pomóc chociaż w walce z żywiołem. Więc raczej obudzili Go z myślą, że zaciągną Go po prostu do pracy. Ale okazuje się, że to w ogóle nie jest walka na ludzkiej płaszczyźnie. Oni tego jeszcze nie rozumieją. Zrozumieją to dopiero, gdy dopłyną do brzegu. Wtedy zobaczą z kim tak na prawdę walczył Chrystus, komu kazał odejść i się uciszyć. Zrozumieli kto tak naprawdę napełnił ich serca trwogą i sprawił, że zwątpili w Chrystusa. Wtedy Legion na samym początku powie im kim jest Jezus. Odda mu pokłon i zapyta: "Czego chcesz ode mnie Jezusie Synu Boga Najwyższego?" I wtedy uczniom wiele się wyjaśni. Tylko Jezys Syn Boga Najwyższego ma moc uciszania demonów, przed nim Legion oddaje pokłon. I wówczas dopiero uczniowie zaczynają rozumieć, jak małej wiary rzeczywiście są. A co ciekawe ostatnią przypowieścią jaką opowiedział Chrytus zanim wypłynęli była właśnie przypowieść o ziarnku gorczycy. A więc uświadomił im całym tym wydarzeniem, że posiadanie wiary jak ziarnko gorczycy wcale nie jest czymś oczywistym. Że brakuje im jeszcze bardzo, bardzo wiele.

I uświadamia to każdemu, kto w rozpaczy wyrzuca Bogu to, że o nim zapomniał. Bóg nie zapomina. Jedynie doświadcza po to, abyśmy mogli dotrzec do jakiejś większej prawdy na temat Jego istoty. Ale nie zostawia nas samych. I ucisza demony. Nie walczy z nimi, bo nie musi. Po postu rozkazuje im i muszą być mu posłuszne. To my musimy walczyć z demonami. I ani na chwilę nie wątpić w Jego moc, bo sami nie jesteśmy w stanie zwyciężyć. Tyle na ten moment.

piątek, 14 stycznia 2011

14.01.2011


Tak na początku, z miejsca, po prszeczytaniu czytań z dzisiejszego dnia, uderza mnie jedno. Paralityk. Jest scena uzdrowienia paralityka, który zostaje zniesiony przez dach do miejsca, w którym znajduje się Chrystus wraz z uczonymi w Piśmie. I Jezus powiedział do paralityka: "Synu odpuszczją ci się twoje grzechy." Nie uzdrowił go od razu z paraliżu, choć to w tej właśnie sprawie go przyniesiono. Nie, zupełnie nie uzdrowienie z paraliżu bylo temu człowiekowi jak widać najbardziej potrzebne. Ale co jeszcze? Co zadziwiło mnie dalej? Ten fragment Ewangelii jest już tak dobrze znany, wręcz oklepany wysłuchiwaniem go kilka razy w ciągu roku. A jednak wciąż dostrzega się w nim nowe rzeczy. I tak dziś rzuciło mi się w oczy, że gdy Chrystus na dowód swojej władzy odpuszczania grzechów mówi do paralityka: "Wstań, weź swoje łoże i idź do domu", ten pposłusznie wstaje i wychodzi. A dopiero pozostali wielbią Boga zdumieni cudem jaki uczynił Chrystus. A ten człowiek wychodzi, jak gdyby nigdy nic. Dlaczego on tak wychodzi? Przecież Bóg właśnie uzdrowił go z paraliżu. Może chodzić, może przecież też mówić, a jednak niczego nie mówi. Nawet nie próbuje pozostać przy Jezusie, skoro już wie, że ten jest Synem Boga. Nie, on po prostu wychodzi. To dla mnie bardzo dziwna i nieco absurdalna postawa. Jakoś sobie nie wyobrażam, że zostałabym uzrowiona i bez żadnej wdzięczności, radości, pokłonienia się z szacunkiem czy czegokolwiek jeszcze, po prostu bym wyszła. To jest główne pytanie, główny problem mojego rozważania, na prawdę zastanawiam się dlaczego tak się właśnie stało.

Bo w ogóle jak wygląda sytuacja?

Jezus powrócił do Kafarnaum. Wcześniej jakiś czas go tam nie było, bo przebywał w innych miejscach. Teraz kiedy powrócił, naucza wszystkich, którzy słyszeli o nim i jeszcze nie mieli okazji go spotkać, oraz tacy, którzy słuchali jego nauk ostatnio, gdy w Kafarnaum przebywał. Jak widać osób jest sporo, dom jest przepełniony. Z żadnej strony nie można się już dostać do środka, wszyscy wytężają słuch, aby złapać przynajmniej co drugie słowo Jezusa, żeby usłyszeć przynajmniej jakiś fragment z Jego nauki. On nie zapraszał tych wszystkich ludzi, aby go posłuchali, bo będzie nauczał. Wygląda na to, że po prostu Jezus wrócił do domu, w którym zwykle się zatrzymywał, a ludzie dowiedzieli się o tym i postanowili przyjść. Prawdopodobnie zupełnie niezależnie od siebie, każdy sam, lub w małych grupach planowali pójść do Chrystusa, a tu nagle okazało się, że nie tylko oni wpadli na taki pomysł, że słuchaczy zebrało się już całkiem sporo.

Taką też grupa byli ci, którzy przybyli z paralitykiem. Ile osób przybyło z nim? Wiemy tylko, że niosło go czterech. Czterech mężczyzn. Czy przyniesienie paralityka do Chrysusa było pomysłem któregoś z nich? A może wszyscy naraz wpadli na taki pomysł? Prawdopodobnie ktoś jeden wpadł na genialny pomysł zaniesienia chorego Chrystusowi. Przecież wiedzą, że nie tylko naucza, ale i uzdrawia. Wcześniej gdy był w Kafarnaum prawdopodobnie również kogoś uzdrowił, więc jest jakaś szansa. Czy z daleka go tak nieśli? Chyba nie aż tak bardzo, skoro zdołali tego samego dnia dotrzeć do domu, w którym nauczał Chrytsus, a przecież mieszkańcy Kafarnaum dopiero co się dowiedzieli o powrocie Jeuzsa. Z drugiej strony spóźnili się. Przybyli na miejsce gdy ludzi już było strasznie, strasznie dużo, że aż się nie mieścili w drzwiach. Pewnie byli trochę zmęczeni,ci co przynieśli paralityka. No i jeszcze nie mogli się dostać do środka, chociaż pewnie przypuszczali że uda im się złapać Jezusa samego. Mogli mieć taką nadzieję. W każdym razie ciekawe jest to, że oni nie rezygnują. W ogóle zachowują się trochę bezczelnie, a na pewno nie dość normalnie. Każdy normalny człowiek po prostu by poczekał. Jezus skończy mówić, ludzie się rozejdą. Ci przyjdą z paralitykiem i poproszą o uzrowienie. W końcu nie ma się co spieszyć, przecież paralityk nie umiera, po prostu nie może się ruszać, a godzina czy dwie go nie zbawi. Ale ci mężczyźni mają jakieś nieco odmienne podejście do sprawy. Oni chcą tak natychmiast wszystko załatwić. Jaki widzą w tym sens? Dlaczego tak bardzo im się spieszy? To jest na prawdę zastanawiające.

No i oni odkrywają dach nad Jezusem. Przychodzą do czyjegoś domu, nie zważają na to, że przeszkadzają Jezusowi w nauczaniu i ludziom z Kafarnaum i okolic, którzy przyszli go posłuchać, nie szanują uczonych w Piśmie, którzy się tam znajdują. Nic z tych rzeczy. Nie przejmując się zamieszaniem, które robią po prostu odkrywają część dachu. Przecież jak to musiało wyglądać. Jezus mówi, ludzie zasłuchani, łowiący każde jego słowo, a tu nagle poruszenie, dach się odkrywa a na górze pokazują się ludzie, którzy na sznurkach spuszczają paralityka leżącego na noszach, prosto nad Jezusem. Musiał przerwać wypowiedź, wszyscy musieli zapatrzeć się w to co się dzieje, pewnie w ogóle zapomnieli o czym wcześniej mówił Jezus, bo pochłonęło ich to dziwaczne wydarzenie. I co się dzieje dalej? Każdy z tam obecnych, widząc paralityka domyśla się, że chodzi o uzdrowienie go z paraliżu. Przecież to oczywiste jak mało co. A jednak Jezus zdaje się tego nie dostrzegać. Jakby przyszedł do niego ktoś całkowicie normalny, zdrowy znaczy, nie potrzebujący zmiany stanu fizycznego. Jezus mówi: "Synu odpuszczają ci się twoje grzechy." Cóż za absurd w ogóle. Człowiek leży na noszach, nie może się poruszać, a Jezus mówi do niego: odpuszczają ci się twoje grzechy. Rzeczywiście musiało to wzbudzić kontrowersje. Sama bym pomyślała, że to jakiś naciągacz, co udaje że nie dostrzega prawdziwego problemu, tylko uwznioślonymi rzeczami się zajmuje, bo tego się nie da udowodnić. Każdy oszust by tak potrafił. Przykro mi się przyznać, że tak samo bym pomyślała, ale tak właśnie niestety było.

W ewangelii jest napisane, że było kilku uczonych w Piśmie, którzy tak właśnie pomyśleli, którzy nie dość że podstęp co i bluźnierstwo w tym wszystkim dostrzegli. Bo wiedzieli, że tylko Bóg ma moc odpuszczania grzechów. A moc uzdrawiania? Kto ma moc uzdrawiania?

"Czemu nurtują te myśli w sercach waszych?" Tak pyta ich Jezus. Tak zapytałby i mnie w tamtej sytuacji, bo i w moim sercu powstałaby taka sama, identyczna myśl. Nazywać Syna Bożego bluźniercą. To straszne, na prawdę przeraża mnie myśl, że podeszłabym do sprawy tak samo jak tamci. Ale Jezus rozumiał ich logikę. Bo przecież oni cały czas w tym wszystkim co myśleli, chcięli być wierni Bogu. Nie chcieli dać się omamić przez fałszywych proroków, bo wierzyli w jedynego Boga Izraela. To nie była zła postawa, tylko z naszej perspektywy, gdy już wszystko wiemy, wydaje się to negatywne. Oni nie byli złymi ludźmi bez wiary, to z resztą widać również dalej. Oni byli mądrymi ludźmi, znającymi Pismo i oddanymi Bogu. To się chwali, zdecydowanie. Po prostu takie zachowanie w ich pojęciu było bluźnierstwem.

"Cóż jest łatwiej: powiedzieć do paralityka: Odpuszczają ci się twoje grzechy, czy też powiedzieć: Wstań, weź swoje łoże i chodź? Otóż, żebyście wiedzieli, iż Syn Człowieczy ma na ziemi władzę odpuszczania grzechów - rzekł do paralityka: Mówię ci: Wstań, weź swoje łoże i idź do domu!"

Wyjaśnił im swój punkt widzenia, swoje zdanie. Logicznie wytłumaczył swoją rację, czemu uczeni w Piśmie nie mogli zaprzeczyć. Bo tak właśnie wszystko wyglądało. O wiele prościej jest powiedzieć odpuszczają ci się twoje grzechy, dlatego właśnie przypuszczali że bluźni. Ale okazało się, że może również dokonać tego, co w pojęciu ludzkim jest trudniejsze. Może uzdrowić paralityka. I uczynił również to. Paralityk wstał i wyszedł.

Jak jakaś zabawka, manekin. Paralityk jest tutaj całkiem bezwolną postacią. Od początku do końca. Przynoszą go ludzie do Jezusa. Wcale nie wiadomo,czy tego chciał, mógł nie chcieć, ale sprzeciw z jego strony nie miał absolutnie żadnego znaczenia. Przecież tak czy owak y go przynieśli, ponieważ wierzyli, że Jezus go uzdrowi. Tak jest też napisane, że ze względu na ich wiarę uzdrowił paralityka. Wcale nie ze względu na wiarę potrzebującego. Paralityk pewnie nie miał wiary. Bo był paralitykiem i fizycznym i duchowym. Jezus najpierw postanawia uleczyć go z duchowego paraliżu. Ale coś średnio widać efekt tak na prawdę, albo ja go nie dostrzegam jeszcze w tym momencie. Nie ma mowy o żadnej przemianie tego człowieka. Jedyna jego reakcja to jest uczynienie dokładnie tego, co nakazał mu Jezus. Ale wcześniej również był poddany woli innych osób. Chociaż wtedy był poddany ich woli bo musiał, a teraz może zdecydować czy postąpić tak, jak chce Jezus, i postępuje właśnie w ten sposób. Ma to sens. Swoją decyzją posłuzeństwa Jezusowi przyczynia się do nawrócenia innych ludzi, przyczynia się do tego, iż wielu ludzi, w tym uczeni w Piśmie dostrzegają wszechmoc Jezusa Chrystusa. A więc paraliż niejako mija, również ten duchowy.

A teraz kolejna myśl mi do głowy wpadła. Jakie grzechy może mieć paralityk? Nie uczynkowe. A więc myśli i słowa. To są jego grzechy. Może bluźnierstwo Bogu? Przecież mógł mieć Bogu za złe, że uczynił go paralitykiem, że skazał go na nędzne życie podczas gdy inni ludzie otaczający go cieszą się zyciem, rodzinami, pracą nawet.

No i paralityk miał dom. Miał dokąd pójść gdy Jezus mu rozkazał. Miał dokąd wrócić. Jaki był dom paralityka? Czy poszedł tam z radością, czy z obawą? Chciał tam wracać, czy czuł sie zobowiązany do powrotu bo tak nakazał mu Jezus?

Wiele pytań. Niech to Słowo wzrasta we mnie w ciągu dzisiejszego dnia mojego powrotu do domu. Może odpowiedź dzięki Łasce Ducha Świętego przyjdzie do mnie w swoim czasie.

wtorek, 11 stycznia 2011

przeszkody i maski

Wiele myśli na dziś. Ciężko wszystko opisać, ująć w słowa. Szczególnie kiedy wisi nade mną mnóstwo obowiązków, rzeczywistość narzuca się i wpycha z butami w każdy fragment mojego życia. Jeszcze trochę i dobiję poziomem frustracji do wszystkich otaczających mnie osób. A może nie, może wcale się tak nie stanie, albo przynajmniej nie tak szybko jak przypuszczam.
Zastanawiałam się dzisiaj nad wspólnotą. Między innymi. Od pewnego czasu mam takie etapy, w których raz czuję, że w końcu odnalazłam się w jakimś miejscu, wśród pewnych osób, że zostanę tam na dłużej. Potem zaś nagle okazuje się, że to jednak wcale nie to, bo wszyscy ci ludzie w jakiś sposób nie pasują do mnie, albo raczej ja do nich. Zawsze jest coś, co nie pozwala mi zostać. Nigdzie nie mogę zagrzać sobie miejsca na dłużej. Do tego stopnia, że rok temu gdy postanowiłam przyjść do dominikańskiego duszpasterstwa akademickiego, już z założenia zaczęłam się zastanawiać jak długo to potrwa, zanim i to miejsce opuszczę. I tkwi ta myśl cały czas, nieustannie gdzieś wewnątrz mnie, chociaż minął już rok i w zasadzie można powiedzieć, że dopiero teraz mogę choć trochę nazwać tą wspólnotę domem. Ale chodzi właśnie o to, że nie mogę nazwać jej domem całkowicie, w pełni. Czegoś brakuje, czegoś istotnego, ale nie potrafię powiedzieć co to takiego. Chociaż teraz tak sobie myślę, że w zasadzie wiem czego. Problem tkwi w tym, że wspólnota, ludzie wszędzie w około obecni i pochłaniający, szybko przysłaniają mi Tego, który jest najważniejszy przecież i powinien być fundamentem. To przecież aby poznawać Boga, aby Jego uwielbiać pojawiam się we wspólnocie. Aby umacniać się w wierze w Niego. A nie po to aby zadzierzgnąć nowe znajomości czy przyjaźnie. Oczywiście ma być miło, ma być przyjemnie i rozrywkowo, dlaczego nie. Ale to wszystko nie jest celem, nie jest nawet środkiem. Po prostu jest efektem przebywania w grupie, jakiejś przynależności. Ale nie może absolutnie przysłaniać tego, co jest najistotniejsze.
Wczoraj tak sobie myślałam o tym nawet. Że nawet na eucharystii w tamtym środowisku jestem inna niż gdy jestem sama, anonimowo modlę się podczas liturgii. W jakąś maskę się ubieram, a przecież nakładanie maski jest wyraźnym znakiem, że miejsce w którym się znajduję nie jest dla mnie. Są przecież sytuacje i osoby przy których potrafię być całkowicie sobą. Tak myślę.
Z resztą nieważne, kluczem jest fakt, że zatraciłam gdzieś priorytety i przyszedł czas, aby to odwrócić. Ot co.

Kim jest Jezus Chrystus?

W Liście do Hebrajczyków św. Paweł nieco wyjaśnia:
-Synem Boga
-Tym, który przemawia w Jego Imieniu.
-Dziedzicem wszystkich rzeczy.
-Tym, przez którego Bóg stworzył wszechświat.
-odblaskiem Jego chwały
-odbiciem Jego istoty
-Tym, który podtrzymuje wszystko Słowem swojej potęgi oraz dokonał oczyszczenia z grzechów

Szczególnie w tym opisie, znanym poniekąd z wyznania wiary odmawianego podczas niedzielnej liturgii, rzuca mi się w oczy jedno: Chrystus jest tym, przez którego Bóg stworzył wszechświat. I tutaj potrzebny jest powrót do Ewangelii Jana, do Prologu samego:

Na początku było Słowo
a Słowo było u Boga,
i Bogiem było Słowo.

2 Ono było na początku u Boga.

3 Wszystko przez Nie się stało,
a bez Niego nic się nie stało,
co się stało.

Zwykle jakoś jest tak, że nie myślę w ten sposób o Chrystusie. Że to przez Niego świat został stworzony. A przecież Słowo Boga ma moc sprawczą. I właśnie to Słowo, ten sam Jezus Chrystus przez którego powstał wszechświat, urodził się jako człowiek na Ziemi, wśród ludzi żył i nauczał. A każde Jego Słowo, które również po świecie nauczając wypowiadał, miało i wciąż ma, moc sprawczą. I wszystkie Jego Słowa zapisane w Ewangelii, są takimi jak te, które stworzyły świat. Ten sam niepojęty Bóg je wypowiedział. Jakże więc można lepiej poznawać Stwórcę, niż przez to co sam o sobie opowiada? Przecież nikt nie zna Boga lepiej niż On sam. Dlatego Pismo Święte, a w szczególności Nowy Testament jest kluczem do poznania przynajmniej w pewnym nikłym stopniu Tego, którego dusza pragnie poznawać całą wieczność.

W kalendarzu roku kościelnego rozpoczyna się teraz okres zwykły. Czas jakby się zresetował, wszystko rozpoczyna się w pewnym sensie na nowo. Dzisiejsza Ewangelia również wraca do początków, do momentu gdy Jan Chrzciciel zostaje uwięziony, zaś Jezus głosi Ewangelię w Galilei i tam również powołuje pierwszych uczniów. Szymon i Andrzej. Jakub i Jan. Bracia. Pracujący ciężko, wykonujący swoje codzienne obowiązki. Jedni zarzucali sieci, inni naprawiali je, aby nadawały się do poławiania. I jakoś tak dla mnie zawsze zagadką było, dlaczego właśnie te czynności wykonywali przyszli apostołowie. Szymon-Piotr zarzucał sieci. A Chrystus, którego Słowo ma moc sprawczą powiedział: Pójdźcie za mną a sprawię, że staniecie się rybakami ludzi. A oni poszli. Jak poszli? NATYCHMIAST. To jest ważne, bardzo ważne słowo, właściwie od niego chciałam zacząć dzisiejsze rozważanie. Natychmiast pójść za Chrystusem, jest to postawa, której zwykle nie mamy. Mało kto gotów jest na coś takiego. Lubimy czekać, zastanawiać się, rozważać argumenty za i przeciw. Ale w kwestii pójścia za Chrystusem nie ma już czego rozważać. Tylko pójść po prostu, ufając. Przecież to Bóg! Sam Bóg! Więc czemu nadal się nie ruszasz człowieku? Czemu siedzisz w swoim małym światku i narzekasz na rzeczywistość szarą i wszechogarniającą tą szarzyzną właśnie? Dlaczego mimo że nazywasz się osobą wierzącą nie ufasz Mu na tyle, aby pójść za Jego głosem? Dlaczego ja wciąż jeszcze waham się, rozmyślam, planuję?

W pierwszy dzień okresu zwykłego, czasu w którym w kościele nic się nie dzieje, Chrystus mówi: Pójdź za mną. Wejdź za mną do tej właśnie pozornie nudnej i monotonnej codzienności, a ja przemienię ją i sprawię, że odnajdziesz swoje miejsce w świecie bardziej niż kiedykolwiek marzyłeś. Tylko zacznij już, w tym właśnie momencie, bez dłuższego wahania. Bo na prawdę nie ma na co czekać.

A gdy już uczynimy ten pierwszy krok, On sprawi, że będziemy absolutnie spełniać się w naszym powołaniu, wykonywać to co robimy najlepiej zgodnie z Jego planem. Nie będziemy zwyczajnymi rybakami, ale rybakami ludzi. Nie zwyczajnymi lekarzami, lecz lekarzami ludzkich serc. Nie nauczycielami w szkołach, lecz nauczycielami życia, nauczycielami wiary. I tak dalej, każdy inaczej, każde powołanie, każda pasja. Wszystko w Jego planie nabiera sensu.

Tak więc na początek okresu zwykłego, należy zapamiętać jedno słowo: natychmiast.

poniedziałek, 10 stycznia 2011

chrzest

To będzie blog kogoś do kogo mówi Bóg.
Tak. Mówi do mnie Bóg.
Słucham Słów Tego, który stworzył świat, człowieka, mnie i Ciebie.
A potem przyszedł na ten świat sam jako Człowiek, choć Bóg jednocześnie.
I jako człowiek umarł.
A jako Bóg zmartwychwstał.



Niedziela Chrztu Pańskiego.
Bardzo dobry dzień, a właściwie noc już i tak pewnie zazwyczaj będzie, na początek. Chrzest jest dobrym początkiem. Zdecydowanie.
Izajasz w dalszym ciągu prorokuje. O Chrystusie. I o każdym z nas.
Bóg mówi: "Oto mój sługa, którego podtrzymuję. Wybrany mój, w którym mam upodobanie." Bardzo dowartościowujące są te słowa. Warto byłoby je zapamiętać sobie i powtarzać w ciężkich życiowych momentach. Jestem wybranym przez Boga. On ma we mnie upodobanie. Znaczy-podobam mu się. Człowiek podoba się Bogu, jest o tym mowa już w Księdze Rodzaju, kiedy "widział, że wszystko co uczynił było bardzo dobre." I takimi właśnie On nas ciągle widzi. Jesteśmy Jego stworzeniem i jest dumny z tego jak nas stworzył. Wcale nie uważa, że Mu się nie udaliśmy, chociaż bardzo wielu ludzi żyje w takim przekonaniu. Że przecież Bogu musiało się coś pomylić, skoro człowieka uczynił wadliwym, bo zdolnym do grzechu. Ale nie, w tym się objawia właśnie nasza doskonałość. A w zasadzie jeszcze wyraźniej objawia się w tym Jego doskonałość, przede wszystkim zaś miłość przeogromna i zupełnie niepojmowalna. Miłość, która pozwala nawet odrzucić siebie w imię wolności drugiego człowieka. A potem jeszcze potrafi przebaczyć to odrzucenie. Nie raz, a ogrom razy, bo przecież człowiek grzesznym jest i odrzuca Boga niemal codziennie. Taki jest. I wybiera nas. "Wybrany mój". Do czego nas wybiera? Izajasz prorokuje tutaj o Chrystusie. Ale i do nas także przecież. Więc skoro Jezus wybrany i umiłowany syn przyszedł na świat i dał świadectwo o Ojcu, to prawdopodobnie i my do tego zostaliśmy wybrani. Choć wybrani zostaliśmy też do tego, żeby w ogóle zaistnieć. Przecież zostaliśmy stworzeni. Ja, Ty, sąsiad, koleżanka z pracy. Nikt inny, tylko my właśnie. Bo tak czysto biologicznie nawet ten plemnik, a nie inny, z tym zestawem genów a nie innym i ta właśnie komórka jajowa z takimi genami w tej właśnie konkretnej kombinacji. Każda inna kombinacja mogła zaistnieć, ale nie zaistniała. A ja, Ty zaistnieliśmy. A więc powstaliśmy. Dlaczego? Ponieważ Bóg zobaczył nas, spodobaliśmy się Jemu, ja i Ty i rzekł: "Niech się tak stanie." Przecież to w ogóle nie do pojęcia, że właśnie ja się urodziłam, choć przecież mógł się urodzić ktokolwiek inny. Jak się nad tym zastanowić, to na prawdę trzeba być wybranym. Spośród tych wszystkich kombinacji, które mogłyby zaistnieć, a przecież nie powstały. Jestem za to ja, bo Bóg mnie wybrał. I umiłował, znaczy pokochał. A Duch Boga spoczął na mnie.
Tyle na początek. Muszę się oswoić z nowością.
Pamiętaj: Jesteś umiłowanym i wybranym przez Boga.
A to zobowiązuje.
I generalnie w tym właśnie tkwi cały "problem", że zobowiązuje.
Więc zdaj sobie sprawę z tego kim jesteś dla Boga, a jutro pójdziemy dalej.