poniedziałek, 16 kwietnia 2012

Fides Damasi

Wierzymy w jednego Boga Ojca wszechmogącego i w jednego naszego Pana Jezusa
Chrystusa, Syna Bożego, i w [jednego] Boga Ducha świętego. Nie trzech bogów, lecz czcimy
i wyznajemy jako jednego Boga Ojca i Syna i Ducha Świętego. Nie tak [wyznajemy] jednego
Boga, jakby oddzielnego, nie tego samego, który sam dla siebie byłby Ojcem, sam także
Synem, ale że Ojciec jest tym, który zrodził, a Syn jest tym, który został zrodzony, Duch
Święty zaś ani nie jest zrodzony, ani nie zrodzony, ani stworzony, ani uczyniony, ale jest tym,
który pochodzi od Ojca i Syna, Ojcu i Synowi współwiekuisty, współrówny i
współdziałający, ponieważ jest napisane: „Przez słowo Pana zostały utwierdzone niebiosa", tj.
przez Syna Bożego, „i tchnieniem ust Jego cała ich siła" (Ps 33,6), a na innym
miejscu: „Ześlij Ducha Twego, a będą stworzone, i odnowisz oblicze ziemi" (por. Ps 103,
30). Dlatego także w imieniu Ojca i Syna i Ducha Świętego wyznajemy jednego Boga,
ponieważ „Bóg" jest imieniem potęgi, nie właściwości. Właściwym imieniem dla Ojca jest
„Ojciec", właściwym imieniem dla Syna jest „Syn" i właściwym imieniem dla Ducha
Świętego jest „Duch Święty". I w tej Trójcy wierzymy w jednego Boga, ponieważ jest z
Ojcem jednej natury i jednej substancji, i jednej potęgi. Ojciec zrodził Syna ani z woli, ani z
konieczności, lecz z natury.
Syn zstąpił od Ojca na końcu czasów, aby nas zbawić i spełnić Pisma; On nigdy nie
przestał być z Ojcem; został poczęty z Ducha Świętego i narodził się z Maryi Dziewicy, ma
ciało, duszę i rozum, tj. przyjął doskonałego człowieka; nie utracił tego, czym był, lecz zaczął
być tym, czym nie był; tak jednak, aby był doskonały w swoim i prawdziwy w naszym.
Ponieważ ten, który był Bogiem, narodził się jako człowiek, a ten, który narodził się jako
człowiek, działał jako Bóg, a ten, który działa jako Bóg, umiera jako człowiek, a ten który
umiera jako człowiek, zmartwychwstaje jako Bóg. On zwyciężywszy władzę śmierci z tym
ciałem, w którym się narodził, cierpiał i umarł, zmartwychwstał trzeciego dnia, wstąpił do
Ojca i siedzi po Jego prawicy w chwale, którą zawsze miał i ma. Wierzymy, że w Jego
śmierci i krwi zostaliśmy oczyszczeni i będziemy wskrzeszeni ostatniego dnia w tym ciele, w
którym teraz żyjemy, i mamy nadzieję osiągnąć od Niego samego albo jako nagrodę za dobrą
służbę życie wieczne albo karę wiecznego potępienia za grzechy. To czytaj, to trzymaj, tej
wierze podporządkuj swoją duszę! Od Chrystusa Pana osiągniesz nagrodę (nagrody).

wtorek, 30 sierpnia 2011

Owoce Drogi

(Jr 1,17-19)
Pan skierował do mnie następujące słowa: Przepasz swoje biodra, wstań i mów wszystko, co ci rozkażę. Nie lękaj się ich, bym cię czasem nie napełnił lękiem przed nimi. A oto Ja czynię cię dzisiaj twierdzą warowną, kolumną żelazną i murem spiżowym przeciw całej ziemi, przeciw królom judzkim i ich przywódcom, ich kapłanom i ludowi tej ziemi. Będą walczyć przeciw tobie, ale nie zdołają cię [zwyciężyć], gdyż Ja jestem z tobą - wyrocznia Pana - by cię ochraniać.

Szukałam jakiejś inspiracji, która pomogłaby mi dostrzec owoce Drogi, którą przeszłam w ostatnim czasie. I uważam, że przytoczony powyżej fragment czytania z dzisiejszego dnia jest tutaj czymś doskonałym.
Camino de Santiago było dla mnie drogą nie do końca rozpoczętą, czy też zakończoną czymś jednoznacznym i konkretnym. Bynajmniej nie potrafię uznać tegorocznego Camino za coś oddzielnego, nie powiązanego z drogą przebytą w zeszłym roku. Jest to dla mnie jakaś ciągłość, kontynuacja, która umożliwiła mi dopiero teraz jakieś dopełnienie i zamknięcie pewnego bagażu problemów i myśli niesionych przez cały ten szmat czasu i kroków w kierunku Santiago de Compostella. Czy szłam o przebaczenie grzechów? O odpust zupełny? Czy może o oczyszczenie umysłu ze zbędnego balastu myśli i chaosu dnia codziennego? A może po prostu chciałam wyciszyć się, uspokoić, zatrzymać na chwilę w rzeczywistości całkowicie innej niż ta, w jakiej skręcam się i uwijam na codzień?

Myślę, że sponrtaniczną decyzję o podjęciu się Drogi podjęłam ze wszystkich tych powodów. I uważam, że był to jeden z najlepszych dokonanych przeze mnie życiowych wyborów.
Czego się nauczyłam?
Kilometry spokojnych kroków, oddechów i rytmu serca. Rozmowy. Modlitwa samym tylko poruszaniem się- modlitwa każdym ruchem, każdym krokiem, bólem pleców, czy stóp, wielbienie Boga - Stworzyciela każdym spojrzeniem oczu na świat i na Ludzi. Dobroć i zaufanie. Rozmowy, poznawanie, samotność.
To wszystko dało mi tak wiele, tak niezwykle.
Chciałabym podsumować wszystkie myśli, wszystkie przekonania, stwierdzenia, wszystko to czego nauczył mnie ten niezwykły czas.

Nauczyłam się czegoś o kobiecości.
Nauczyłam się o wyborach i podejmowaniu decyzji.
Nauczyłam się o życiu pełnią, przebaczeniu sobie i innym, chodzeniu własną drogą.
Nauczyłam się o nieplanowaniu z ufnością, nadzieją do ludzi.
Wielu rzeczy nauczyłam się sama.
Jeszcze więcej dowiedziałam się od innych.

-Kiedy myślisz, że jest już zbyt późno aby coś zrobić, jest to najlepszy moment, aby zacząć to robić.
-Trzeba zawsze wierzyć w ludzi i mówić im, że są w stanie zrobić to, czego pragną. Bez względu na to, jak bardzo nieprawdopodobne się to wydaje - trzeba wierzyć w to, że marzenia innych ludzi mogą się spełnić, mówić im że są w stanie pokonać siebie i zrobić coś czego pragną nawet jeżeli wewnętrznie się w to niedowierza.Nigdy nie można powiedzieć człowiekowi, że nie da rady zrobić czegoś o czym marzy!
-Pozwalać sobie na marzenia. Nic tak nie rozwija jak marzenia, nic tak nie uświadamia nam naszych najgłębszych pragnień. Nic nie uczy nas tego kim jesteśmy tak celnie jak to, o czym marzymy. Nie można bać się marzyć. Bo choćby się nawet nie spełniły, to jednak nie wolno pod żadnym pozorem ich w sobie zabijać czy też nawet nie dopuszczać ich do siebie z lęku o to, żeby zdruzgotane marzenia nas nie przygniotły. Tak na prawdę najbardziej przygniata człowieka brak marzeń. Muszę nauczyć się marzyć!
-Wyrzucić do rzeki, uczynić żeby nie istniało- tak mądry Japończyk postępuje kiedy drugi człowiek go zrani lub skrzywdzi. Przebaczenie to dla nich uczynienie rzeczywistości i relacji tak, jakby to co miało miejsce nigdy nie istniało.
-Kobiecość jest pięknem wynikającym z harmonii duszy i ciała kobiety, z pogodzenia się z tym kim jest i jaką rolę pełni jako kobieta. Piękno jest harmonią, harmonia jest pięknem.
-Jestem pięknym człowiekiem przez wartość, jaką w sobie noszę. Zabieganie o wygląd zewnętrzny jest jedynie kroplą w oceanie Człowieczeństwa, doświadczenia i pracy nad sobą. Noszę w sobie piękno nie do opisania nosząc w sobie bycie Ludzkim Człowiekiem, istotą czującą, słuchającą, łagodzącą i pouczającą. Będąc człowiekiem- słowem, człowiekiem- radą, człowiekiem uwrażliwiającym na otaczające piękno stworzenia. Jestem kobietą. To jest własnie moja definicja, właśnie tym chcę być, tym chcę zostać w przyszłości. A cały zawodowo - edukacyjny aspekt mojego życia jest jedynie minimalnym fragmentem tego kim jestem.
-Przyjęcie Jezusa Chrystusa w Eucharystii jest zaproszeniem Go do domu, do namiotu odrzuconej kobiety z proroctwa Ezechiela. Po hiszpańsku mówi się :"Panie nie jestem godzien abyś wszedł do mego domu, ale powiedz tylko słowo a będzie uzdrowiona dusza moja."
-Ufam ludziom. Ta ufność nie jest zła i naiwna. Jest naturalnym pragnieniem większości ludzi, jest czymś do czego powinno się dążyć. Pranę być takim człowiekiem, żeby ludzie którzy staną na mojej drodze mogli dzięki mnie uwierzyć, że są na świecie ludzie bezinteresowni i dobrzy, ludzie którym można zaufać. Na prawdę chcę taka być!
-Najtrudniejszym etapem w podjęciu się jakiegoś nieprzeciętnego zadania jest zdecydowanie się na to i uczynienie tej decyzji nieodwracalną. Każdy kolejny krok to już mało istotna konsekwencja podjętej decyzji.


To tylko część, kropla w morzu, ziarnko piasku na pustyni. Jedynie fragment, wycienek tego wszystkiego co mnie spotkało, dotknęło, co udało mi się zrozumieć. Jakieś minimalne, zarysowe podsumowanie, takie najwyraźniej widoczne, najdojrzalsze owoce spośród tych, jakie jak na razie wydało w moim życiu Camino. Jakie będą pozostałe? Nie wątpię ani przez moment, że będzie ich jeszcze wiele. Bo Camino się nie kończy. Ono po prostu nie potrafi się skończyć. To jest życie, takie życie w skróconej okrojonej formie życia. Ale życie w pełni. Jak kwiat wiśni - sakura.

poniedziałek, 1 sierpnia 2011

Z innej perspektywy

Ta sama sytuacja co w majowym poście, tylko opisana z innej perspektywy. Jezus po rozmnożeniu chleba, zanim odprawił tłumy, kazał uczniom wypłynąć na jezioro. Chciał w końcu zostać sam, rozważyć tajemnice śmierci Jana, przemyśleć wszystko to, co się stało. Chciał porozmawiać z Ojcem o tym wielkim cudzie jakiego dokonał, o tym ostatnim owocu śmierci Jana Chrzciciela. Rozmnożył chleb. Ci wszyscy zebrani ludzie, głodni i oczekujący a potem syci i gotowi obwołać Jezusa królem nie mają jeszcze pojęcia czego zapowiedzią był ten cud. Nie istnieje jeszcze dla nich analogia rozmnożenia chleba do niekończącego się dzielenia Ciała Chrystusa, którym karmieni są wszyscy i nigdy tego przenajświętrzego pokarmu nie zabraknie. To samo można odnieść do manny na pustyni, która izraelitów karmiła każdego dnia przez czterdzieści lat. Tęsknili oni za innymi pokarmami, buntowali się, ale ten pokarm był realny, absolutnie darmowy i stanowił dodatek do jakże cennej wolności.
Jezus poszedł się modlić na górę. Sam. Ciekawe co takiego jest w modlitwie na górze. Rozumiem, ze jest to swoisty symbol bliskości Boga i przebywania z nim w intymnej więzi, takiej rozmowy w cztery oczy z Najwyższym. W zasadzie to chciałabym kiedyś wyjść na wysoką górę i modlić się będąc tam całkiem samą. Może rzeczywiście możliwe jest wówczas nawiązanie z Bogiem lepszego kontaktu własnie dzięki temu poczuciu ludzkiej samotności i jednoczesnej obecności Boga. Na prawdę ciekawe...
Jezus się modlił, zaś apostołowie tymczasem płynęli łodzą. Zapadł zmrok. Łodzą miotały fale w tym czasie kiedy Jezus modlił się na górze. To trochę tak, jaby w tym konkretnym momencie uczniowie znaleźli się w jakiejś przestrzeni pozbawionej obecności Boga. Jezus modli się gdzieś w oddaleniu od uczniów, zostawił ich samych.
A potem przyszedł do apostołów na łodzi. Nie spodziewali się czegoś takiego, nikt by się nie spodziewał. Była 8 straż nocna. To znaczy że chyba już zapadła taka późna, zaawansowana noc. Gdybym była nocą na straży i zobaczyłabym postać idącą po jeziorze, to na prawdę bym się ogromnie wystraszyła. Myślę, że wpadłabym w panikę i wrzeszczałabym na całe gardło budząc wszystkich, którzy w tym czasie zdążyli smacznie usnąć. Na prawdę śmiertelnie bym się bała!
Uczniowie zachowali się dokładnie tak samo. Pomyśleli, ze widzą zjawę, przestraszyli się straszliwie i krzyknęli ze strachu.
Czasami jak byłam mała, to myślałam sobie, ze nie chciałabym aby ukazał mi się kiedykolwiek Jezus albo Maryja, albo jakikolwiek inny posłany Anioł. Bo bym się na pewno poważnie wystraszyła. I wtedy sobie myślałam, że nigdy nie będę osobą, która ma jakieś objawienia, bo bym się tego najnormalniej w świecie bała. W obecnej chwili nadal myślę, że pewnie bym się wystraszyła. Ale z drugiej strony, nawet Maryja zlękła się Archanioła Gabriela.
Jezus na ten cały lęk apostołów i jednocześnie na lęk ludzi, którym się w historii kościoła objawiał mówi: "Odwagi! Ja jestem, nie bójcie się!" Można to zapewnienie rozumieć na kilka sposobów. Ale wydaje mi się, że ponadczasowym jest rozumienie tego wezwania jako oświadczenia, że Bóg jest. Ja jestem to imię Boga. Jezus mówi więc: Odwagi! Bóg! Nie bójcie się! A więc nawołuje do odwagi, przypomina o istnieniu Boga i do tego, że w jedności z Bogiem człowiek niczego nie musi się bać. Bo Bóg jest.
Piotr nie rozpoznaje Chrystusa. Waha się czy jednak nie widzi zjawy i decyduje się to sprawdzić na swój ludzki sposób. Jeżeli to jest Bóg- dokona cudu. Jeżeli zjawa-nie stanie się nic nadzwyczajnego. Dlaczego akurat chodzenie po wodzie wymyślił Piotr? Nie mam pojęcia, zupełnie. Ale z całą pewnością Piotr wystawił Boga na próbę. A tak na prawdę, co potem zostaje widocznie pokazane, wystawił na próbę własną wiarę. Bo to siła jego wiary (tej samej która wielkości ziarnka gorczycy przenosi góry) prowadziła Piotra po wodzie ku Chrystusami. Ta scena bardzo wyraźnie ukazuje, że wiara może nas ku Chrystusowi prowadzić bardzo różnymi, często całkowicie abstrakcyjnymi ścieżkami. I zachwianie się wiary u każdego człowieka prowadzi do tego samego: "Panie ratuj mnie!" A wtedy Jezus w mgnieniu oka ratuje człowieka, ponieważ doskonale zdaje sobie sprawę z tego, że naszaa wiara podlega licznym ograniczeniom i jest jak tafla jeziora marszczona powiewem wiatru.
Piotr wychodzi do Jezusa. Innym razem Piotr wypływa do Jezusa nakładając na siebie uprzednio szatę. Wypływa do Niego dużo później, już po zmartwychwstaniu. Czy płynąc wówczas pamięta moment, gdy szedł po jeziorze? Piotr jest człowiekiem odważnym, człowiekiem, który wychodzi na przeciw Chrystusowi, choć nie zawsze rozpoznaje Go. Ale wychodzi mu na przeciw często nawet nie zastanawiając się w jaki sposób dotrzeć ma do Jezusa. On widzi tylko cel, nie bierze pod uwagę środków i ceny jaką może zapłacić za lekkomyśle dążenie do zjednoczenia z Chrystusem.
Ja również pragnę tak wypływać do Jezusa, podchodzić do Niego bez zastanowienia z pełną ufnością, bez względu na okoliczności.

niedziela, 31 lipca 2011

Po śmierci Jana Chrzciciela

To dosyć niezwykłe, że ostatni post na tym blogu jaki zamieściłam w maju również tyczył się ewangelii o cudzie rozmnożenia chleba. Dzisiaj własnie te słowa skierowane są do Kościoła. Te słowa skierowane są do mnie.

Ostatnimi czasy moje życie przesiąknięte jest religijną stagnacją, całkowitym zawieszeniem przerywanym jedynie czasami jakimś zrywem kiedy przypominam sobie, że przecież jest Bóg, że przecież jest Ojciec, który tak bardzo za mną tęskni i nie może się doczekać kiedy Jego marnotrawna córka powróci. Ale ja nie wracam i nie wracam, już od jakiegoś czasu. Nieustannie moją głowę zaprzątają miliony małych, codziennych spraw związanych z planowaniem przyszłości. Ale to jest jedynie planowanie, przygotowywanie się, które w rzeczywistości jest przecież i tak niewiele warte w porównaniu z Tym, który jako jedyny jest na prawdę ważny. Uświadomiły mi to słowa z ewangelii św. Jana, które nietypowo dostałam smsem kilka dni temu o godzinie 3 w nocy, kiedy kolejną noc z rzędu siedziałam przy komputerze planując noclegi i trasy po przylocie do Madrytu i Porto. Próbowałam uwzględnić miesca, dojazdy, koszty noclegów, ceny metra i wyżywienia. Kilka godzin spędziłam nad mapą, żeby uświadomić sobie dokładnie w którym miejscu znajduje się plaża i jak dotrzeć na nią wysiadając z metra w Porto. W tym czasie jednocześnie dyskutowałam z koleżanką odnośnie noclegów i średniego dziennego kosztorysu. I wtedy właśnie dotarło do mnie Słowo: "Martwisz się i niepokoisz o wiele, a potrzeba mało albo tylko jednego." Właśnie tak. Tylko jednego potrzeba w całym tym moim przygotowaniu do pielgrzymki. I wcale nie świadomości dachu nad głową i pełnego brzucha. Zupełnie nie tego, bo przecież celem tego całego przedsięwzięcia nie jest rozrywkowo - turystyczne przejście kilkuset km. Tu chodzi o coś dużo ważniejszego, coś uświęcającego. Chodzi o sacrum, o nawrócenie i stanie się nowym człowiekiem. Tego właśnie oczekuję po Camino de Santiago. Tego moja dusza i ciało potrzebuje w tej chwili bardziej niż czegokolwiek innego. Tego właśnie, prawdziwego pielgrzymowania popchniętego do przodu pragnieniem serca, pragnieniem zbliżenia się do Boga - miłosiernego Ojca, który czeka na mnie gdzieś u kresu mej wędrówki. I to nie chodzi o to, żebym znalazła Boga dopiero kiedy dotrę do Santiago. Nie chodzi nawet o to, żebym znalazła go w którymkolwiek innym momencie. Istotą jest samo wyruszenie ku Niemu, na spotkanie z Nim. Dlaczego? Ponieważ na tym właśnie polega nawrócenie. Przecież syn marnotrawny idąc do domu nie spodziewał się, że ojciec, którego już na drodze zobaczył, podbiegnie do niego. Nie spodziewał się tego ponieważ czuł się absolutnie niegodny nazywania siebie synem tego człowieka, którego zdradził, porzucił i ograbił z majątku. I bynajmniej nie oczekiwał, że ojciec w ogóle przyjmie go. Myślę, że spodziewał się odrzucenia, odmowy. Przecież prosząc ojca o majątek zachował się jak ktoś, kto za życia uśmiercił własnego rodzica. Wymusił na ojcu coś, czego nie powinien zrobić nikt. A teraz wracał ze świadomością dna, jakiego dosięgnął. Wiedział jak wygląda, wiedział, że kiedy ojciec go zobaczy pomyśli: "dobrze mu tak". Wiedział, ale się mylił. Bo ojciec nie mierzył miarą młodzieńca. Ojciec posłużył się miarą miłości bez miary i z pełen radości, wzruszenia, ze łzami w oczach pobiegł ku synowi nie zważając na swój wiek i to, że stracom biegać nie przystoi w ogóle. Pobiegł do syna, śmierdzącego, wychudłego włóczęgi rozpoznając w nim tego, kogo kochał ponad własną godność. Pobiegł ku niemu i przygarnął do siebie z czułością. Nie pozwolił na tą pokutę, jaką syn sam sobie wymyślił. Ojciec wiedział, że świadomość tego wszystkiego co syn uczynił jest wystarczającą pokutą przeżywaną do końca życia. I powitał syna i synem go nazwał. Bo grzechy i brud i bieda i zatracenie wszystkich darów, wspaniałego dziedzictwa nie ugasiły miłości ojca. Powrót syna był jak balsam dla jego duszy. Był uspokojeniem, że jego ukochane dziecko jest znowu bezpieczne. On na prawdę bardzo kochał syna.

Oczywiście wiadomo, ze to jest właśnie Bóg. Ostatnio w moich modlitwach (których de facto jest mniej) i w myślach i w pisaniach wszelakich, o Bogu myśłę jako o moim Ojcu. Wołam do niego w głowie "Tato ratuj!" Bo wiem, że tylko On może mnie uratować. I to nie chodzi o to, że dzieje się ze mną coś koszmarnego, ale jakieś zło mnie otacza i jakieś zagubienie duchowe, którego wcale nie chcę przeżywać. Ale czasami trzeba przeżyć coś takiego, żeby doświadczenie mogło ukształtować moje myśli i doprowadzić je do jakiegoś konkretnego stanu. Tak jak syna marnotrawnego los doprowadził do sytuacji, kiedy zatęsknił za domem swego ojca. Właśnie tak samo ja tęsknię za bliskością Boga, za pełnym uczestnictwem w Eucharystii i poruszaniem się w Bogu (jak pisał św. Paweł: "W Nim żyjemy, poruszamy się i jesteśmy.")
Tak więc: Tęsknię za Tobą Tato! Chcę wrócić do Ciebie, do Twojego domu. Wcale nie oczekuję uczty i tego że wybiegniesz mi na spotkanie a potem dostanę wszystko cokolwiek zechcę, tak jak wcześniej. Nie oczekuję tego wszystkiego, ale jednocześnie wiem, że tak właśnie postąpisz. Wiem, że wybiegniesz mi na spotkanie, już wybiegłeś. Wiem, że czekasz na ten moment, kiedy pełen miłości otoczysz mnie ramionami. Wiem, że zaprosisz mnie na ucztę - ofiarę Jezusa Chrystusa. Wiem, że odziejesz mnie w białą szatę przebaczenia grzechów. Wiem, że chcesz to uczynić i wiem, że ja również tego pragnę teraz zmierzając ku Tobie. Ale idę dość niepewnie. Wszystko bowiem chcę od Ciebie przyjąć, ale zupełenie nie wiem co powiedzieć, kiedy zapytasz w jaki sposób przepuściłam wszystkie Twoje dary, wszystkie bogactwa. A wiem, że o to zapytasz mnie najpierw w sakramencie pokuty....

A Jezus oddalił się od Jerozolimy powodowany żalem z powodu straty kuzyna, którym był św. Jan Chrzciciel. Gdyby kogoś z mojej rodziny (kogo bardzo kocham i kto jednocześnie poświęcił całe życie dla mnie i za mnie) zamordowano, przepełniałaby mnie prawdopodobnie nienawiść. Chociaż nie chciałabym wypełniać się nienawiścią. A co czuł Jezus? Z całą pewnością czuł ogromny żal i smutek. Jego brat niemalże został zamordowany dla uciechy jakiejś tam młodej dziewczyny i jej matki! Dlatego żeby odetchnąć w samotności poszedł na pustynię. Ukrył się tam z dala od ludzi, w oddaleniu od wszystkich rozmów, działania cudów i tego wzyskiego co nieustannie właściwie musiał robić. Próbował się od tego wszystkiego oddalić, ale beznadziejnie Mu to nie wychodziło. Przecież tłumy ludzi dowiedziały się gdzie jest i Go "dorwały". Dlatego zawsze cud rozmnożenia chleba wydaje mi być takim niechętnym cudem. Rozmnożenie chleba.

niedziela, 8 maja 2011

To Ja jestem

Po największym cudzie wszystko wraca do porządku dziennego. Dzisiaj mowa o rozmnożeniu chleba. Cud, bez dwóch zdań. A uczniowie Jezusa pogrążają się po nim. Zmierzch, jezioro; znana sceneria, taka sama jak w Ewangelii o burzy na jeziorze-bardzo konkretnej burzy. Apostołowie nie raz doznają niepokoju, nie raz atakuje ich szatan. Płyną tutaj do Kafarnaum, bez Jezusa. Nie ma Go. Jest za to nastająca noc i jezioro. Woda- siedlisko demonów, po którym decydują się płynąć w ciemności. Jest silny wiatr, wzburzone jezioro i niczego nie widać. A "Jezus jeszcze do nich nie przyszedł".
Wygląda to wszystko niezwykle znajomo. Ile razy w moim życiu się tak wydarza, że po bardzo silnym doświadczeniu Boga nadchodzi moment upadku, powrotu w grzech. Cud cudem a życie toczy się dalej tak samo i grzeszny człowiek upada tysięczny raz, gdy tylko nie ma przy nim Boga. I robi się coraz gorzej. Najpierw jest tylko zmierzch i jezioro, po którego tafli płynie się barką. A potem nagle zrywa się wiatr, fale zaczynają kołysać łodzią, a mnie otacza ciemność. To się dzieje zawsze, prędzej czy później zawsze upadam, bez względu na to jak blisko Boga byłam wcześniej. I apostołowie mieli zupełnie tak samo, nic chlubnego. Jeden z tych opisów ewangelicznych, których by nie umieszczono, gdyby wymyślano Ewangelię. Nic stawiającego apostołów w dobrym świetle. Za to mądre to niezwykle i pokrzepiające, bo takie być miało.
Apostołom ukazuje się Jezus.
Gdy upłynęli już około trzydziestu stadiów, a więc byli prawie na środku jeziora, w każdym razie na pewno byli już wystarczająco daleko, aby nie wracać. Zobaczyli Jezusa.Nie spodziewali się Go tam, nic dziwnego. Człowiek brnący w grzech też nie spodziewa się spotkać tam Jezusa, raczej ma wrażenie że się od Niego oddala. Szczególnie jeżeli jest już tak bardzo zanurzony w grzechu, że ma wrażenie ze nigdy nie powróci do tego cudu Bożej bliskości, jakiego doświadczał kiedyś.
I w takiej sytuacji ukazuje się Jezus. On kroczy po jeziorze. Idzie w tą ciemność, wiatr i fale. Wkracza w nasz grzech, nasz szeol. Wchodzi w sam środek bagna, z którego nie jesteśmy się już w stanie wyplątać. Jest z nami w samym środku grzechu, w którym się znaleźliśmy. I mówi: "To Ja jestem, nie bójcie się." On idzie za nami do tych najgorszych miejsc, do tej najgorszej ciemności. Idzie tam i w momencie gdy wydaje nam się, że nie ma odwrotu, że cuda zostały za plecami a przed nami jest tylko noc i wicher, Jezus mówi "nie bójcie się". Bo się boimy, a przynajmniej ja się boję. Kiedy już dotrze do mnie w co się wpakowałam, w jaki grzech i jak bardzo zabrnęłam, zaczynam się bać. Że to się już nigdy nie skończy i że nigdy już Bożych cudów nie doświadczę. Ale On przychodzi. I nie na tym się kończy. On nie zostawia mnie samego, ani nie płynie w mojej grzechowej łódce dalej. On ma moc doprowadzić mnie do brzegu. Może skończyć ciemność i tułaczkę. Może dać mi nowe życie, nowy brzeg, na którym czeka na mnie. I o tym muszę pamiętać zawsze, kiedy grzech mnie przytłoczy, kiedy będę myślała że nie ma już odwrotu. Bo tam właśnie jest Chrystus chcący Swoją Mocą doprowadzić mnie do nowego startu. On ma wyjście z każdego mojego grzechu, chociaż ja nie wiem jak się z nimi uporać. Jemu dlatego należy zaufać, bo On czeka.

piątek, 29 kwietnia 2011

Oby tak z martwych wstać!

"Oto Ja, twój Bóg, który dla ciebie stałem się twoim synem. Oto teraz mówię tobie i wszystkim, którzy będą twoimi synami, i moją władzą rozkazuje wszystkim, którzy są w okowach: Wyjdźcie! A tym, którzy są w ciemnościach, powiadam: Niech zajaśnieje wam światło! Tym którzy zaś zasnęli, rozkazuję: Powstańcie!

"Powstań, pójdźmy stąd! Niegdyś szatan wywiódł cię z rajskiej ziemi, Ja zaś wyprowadzę ciebie już nie do raju, lecz na tron niebiański. Zakazano Ci dostępu do drzewa będącego obrazem życia, ale Ja, który jestem życiem, oddaje się tobie. Przykazałem aniołom, aby cię strzeli tak, jak słudzy, teraz zaś sprawię,że będą ci oddawać część taką, jaką należy się Bogu. Gotowy jest już niebiański tron, w pogotowiu czekają słudzy, już wzniesiono salę godową, jedzenie zastawione, przyozdobione wieczne mieszkanie, skarby dóbr wiekuistych są otwarte, a królestwo niebieskie, przygotowane od założenia świata, już otwarte".

(Starożytna homilia na Święta i Wielką Sobotę)

czwartek, 14 kwietnia 2011

O przeraźliwym zasmuceniu, namiocie i zaślubinach. Od Izajasza.

I stoi taki namiocik wątły na pustyni, na uboczu w stosunku do innych namiotów koczowniczego ludu. Mały namiot o lekko wbitych palikach, żeby w każdej chwili można go było złożyć i usunąć się jeszcze bardziej na bok. Kto w nim mieszka? Smutna niezmiernie kobieta, żyjąca w przeświadczeniu, że Bóg ją opuścił. Wszyscy w około uważają, że zrobiła coś strasznego, że obraziła Boga tak ogromnie, że ją ukarał chyba w najgorszy sposób, w jaki tylko mógłby ukarać kobietę. A ona...ona nie wie co takiego zrobiła. Miała kiedyś męża. Kochała go bardzo, on ją. Byłby w stanie nieba jej przychylić, ale szczęście trwało krótko. Rok, drugi. Zrozumiał, że coś jest nie tak. Cała wioska szeptała, poradzili mu, żeby wziął sobie nową żonę, a ją oddalił. Nie ma się po co narażać na związek z kobietą przeklętą. I tak żyje, oddalona od społeczności, absolutnie samotna. Odwracają głowy gdy przechodzi ulicą, albo kilka słów zamienią, nieszczerze sympatyczni. Nie ma nikogo, komu mogłaby się zwierzyć, zupełnie nikogo. Przecież Bóg opuścił ją jako pierwszy. A teraz nagle, gdy siedzi przed namiotem, ktoś podszedł do niej, przekroczył granicę, której nigdy nikt nie przekracza, a jego pierwsze słowa to: "śpiewaj z radości." Ten człowiek o wszystkim wie, mówi "śpiewaj z radości niepłodna". Z radości. Ona już nawet nie pamięta jak się śpiewa. Śpiewaj ty, która nie rodziłaś. Wybuchnij weselem, ty której nigdy nie było dane cierpieć przy porodzie. Wybuchnij weselem! Nie- uciesz się, ale wyuchnij! Jak może wybuchnąć weselem człowiek, który nie ma w sobie nic, poza smutkiem? Musiała się bardzo zdziwić zupełną absurdalnością słów przybysza. Kto normalny powiedziałby: ciesz się ty, którą przeklął Bóg, ty którą wyklęli ludzie, która żyjesz w samotności i opuszczeniu. Wybuchnij radością, bo nigdy nie musiałaś cierpieć przynosząc na świat potomstwo. Myślę że z ciekawością wpatruje się w przybysza, zastanawia się, co też powie dalej. I on odzywa się znowu, tym razem powołując się na słowa samego Boga: "Bo liczniejsi są synowie porzuconej, niż synowie mającej męża." Co ona na to? W naszej kulturze popukałaby się w głowę. Przecież nie ma żadnego syna. Żadnego. Więc logiczne, że te, co mają mężów, te nieporzucone, mają więcej synów. Zupełne głupoty ten człowiek mówi. Ale słucha dalej. W końcu nieczęsto ktoś do niej przychodzi, a już nigdy nikt nie życzył jej szczęścia. A ten tutaj nakazuje jej niemalże cieszyć się. I co mówi dalej? Poleca jej rozłożyć bardziej namiot, tak żeby było w nim więcej przestrzeni, żeby mógł się w nim zmieścić ktoś jeszcze, ktoś poza nią. Musi rozciągnąć płutna namiotu, wydłużyć sznury, które go podtrzymują. Musi zrobić miejsce dla drugiego człowieka w swoim domu pełnym demonów samotności. Ma się nie krępować. Co z tego, że ludzie zobaczą, że ma gościa? Co z tego, że znowu będą o niej gadać? I tak mają ją w pogardzie, praktycznie nie istnieje dla nich. A kiedy już powiększyła namiot, przybysz mówi, aby wbiła mocno paliki. To musi być bardzo dziwne, kiedy pierwszy raz od tak dawna, rozstawiała namiot tak wielki i tak solidnie utwierdzony w ziemi. Teraz to już tak, jakby miał stać przez dłuższy czas, a nie tak jak zawsze, życie w tymczasowości, chociaż przecież żyła tak bardzo długo.
Przybysz chyba niemógłby powiedzieć bardziej pokrzepiających słów niż te, którymi zwraca się do kobiety. Bezpłodnej zapowiada potomstwo tak liczne i silne, że pod jego panowanie przejdą całe narody, a także zaludni opuszczone miasta. Miasta. Ona może nawet nigdy nie widziała prawdziwego miasta. Wie, że kiedyś mieszkali w nich ludzie, ale teraz miasta są opuszczone, a ona wraz z całym ludem przemieszcza się z miejsca na miejsce. Żyją w ciągłej niepewności jutra. Prorocwto ją trochę pewnie rozbawiło, wprowadziło jakieś ożywienie w monotonię i samotność życia, ale nie wierzy w ani jedno słowo. Dlaczego ma wierzyć komuś, kto mówi, że Bóg będzie jej błogosławił, skoro przez lata, a moze dziesiątki lat słuchała ludzi, którzy mówili coś całkowicie innego. Przecież jest przeklęta. Obraziła Boga. A ten tutaj po prostu postradał zmysły, albo nie wie do końca z kim ma doczynienia. Zdaje się jednak, że doskonale wie do kogo przyszedł. Mówi, aby się nie lękała. Całe życie drży ze strachu o jutrzejszy dzień. Bo nie ma nikogo, kto by się o nią zatroszczył. Co, jeżeli się rozchoruje? Przecież nikt jej nawet nie poda wody, gdy bez przytomności leżeć będzie w gorączce. A jeżeli zwichnie nogę i nie będzie mogła pójść po wodę? A gdy się zestarzeje? Co wtedy? Przybysz mówi "Nie lękaj się" ale słowa...to przecież tylko słowa. Ale mówi dalej "nie lękaj się, bo już się nie zawstydzisz." Ona już wie o tym, że bardziej już zawstydzić się nie może. Już spotkało ją w życiu to, co najgorsze. Zapomniała już nawet jak to wszystko wyglądało, bo przecież tak bardzo chciała zapomnieć. Ale stroniła od ludzi, stroni cały czas. Tłumaczy sobie, że dlatego, bo przecież to oni jej unikają. Ale słowa przybysza uświadamiają jej, że nie tylko to jest powodem. Ona się ich boi. Czuje lęk, że mogą ją skrzywdzić jeszcze bardziej, jeszcze silniej zawstydzić; a tego by już nie zniosła. Dlatego sama się usuwa, niejako z własnej woli żyje w oddaleniu, tak, jakby wcale nie istniała. Przybysz mówi: "nie wstydź się, bo już nie doznasz pohańbienia." Ale skąd on to może wiedzieć? Czy przemawia przez niego Bóg? A może jakiś zdziecinniały porostu jest, próbuje wszystkich ludzi na świecie uszczęśliwić, pocieszyć. Kto wie... Ona żyje w ciągłym pohańbieniu, w ciągłym wstydzie. To jest coś, czym w pewnym sensie sama się już stała. Jest chodzącym, oddychającym, żyjącym wstydem i pochańbieniem. Tak o sobie myśli, tak siebie postrzega. Bo potrafi już teraz patrzeć jedynie oczami innych ludzi. Jakby nie miała swoich własnych. Przybysz patrzy na nią i zapewnia, że zapomni o wstydzie swojej młodości. Że zapomni o tym, co ją zniszczyło, a jednocześnie ukształtowało. Że to po prostu przeminie i zostanie wymazane z jej pamięci jak jakieś błahe, nic nie znaczące wydarzenie. Czy to w ogóle możliwe? A to że już nigdy nie wspomni hańby swojego wdowieństwa? Już nigdy nie będzie myślała o tym co się stało, jak było? Ale niby jak to się stanie? I dlaczego miałoby się wszystko tak zmienić? Dlaczego?
"Bo małżonkiem twoim jest twój Stworzyciel, któremu na imię-Pan Zastępów. Odkupicielem twoim-Święty Izraela, nazywają Go Bogiem całej ziemi." To jest Ten, który przygarnia wdowę, Ten który nie odwraca się od człowieka, nawet wówczas gdy wszyscy ludzie się odwrócą. I nie dość, ze się nie odwraca, bo to jest niczym, w porównaniu z tym, co czyni Bóg. On poślubia opuszczoną kobietę, tą która sprzeciwiła się Jego woli, zrobiła coś okropnego, albo też cierpiała niesłusznie. Nie można sobie wyobrazić wspanialszego męża. Nikogo ponad Nim nie ma. I właśnie Pan wzywa porzuconą i zgnębioną na duchu niewiastę. I każdego tak samo jak nią wzywa do radości i wesela. Z każdym człowiekiem chce tworzyć jedność tak intymną jak małżeństwo. Każdemu człowiekowi nakazuje nie lękać sie już wiecej, podnieść wysoko głowę i nie bać się pohańbienia. Bo On jest odkupicielem, On przygarnia z ogromną miłością każdego z nas, nawet gdy porzucił nas na chwilę, po to abyśmy mogli stać się pokornymi, takimi z jakich później powstanie najlepsza wersja naszego człowieczeństwa. On lituje się nad nami w Swojej wieczystej i nieskończonej Miłości, kiedy my już jesteśmy na skraju szaleństwa czy depresji, bo nie widzimy jego oblicza. Bóg przysięga, że nigdy nie rozzłości się na człowieka, nigdy nie rozzłości się na mnie, nigdy mnie nie zgromi. Nigdy. Bo góry mogą ustąpić i pagórki się zachwiać, ale Jego miłość nie odstąpi ode mnie. Nie zachwieje się przymierze pokoju, które Pan ze mną zawarł. Bo On ma nade mną litość. Ma litość nad niepłodną kobietą, nad największym grzesznikiem, ma litość nad najbardziej zdeprawowanym człowiekiem. Bo Bóg nie umie nie kochać, ponieważ zaprzeczałby wówczas swojej własnej istocie. Bo On Jest Miłością. I każda Miłość od Niego pochodzi. A zdolność do Miłości i pragnienie Miłości, jest tym podobieństwem do Pana, które każdy człowiek w sobie nosi. I ta Jego Miłość nie odstąpi. Nie odstąpi! Nigdy! Bo czy widział ktoś żeby ustępowały góry, żeby chwiały się pagórki? Zdarza się. Nieczęsto, ale zdarza się. Ale choćby nawet zdarzyło się coś takiego, że zachwieją się pagórki, że góry się zapadną, albo runą tak, że nie będzie po nich śladu, to Jego miłość się nie zmieni. Bo On Jest. Jest. Miłością.