wtorek, 30 sierpnia 2011

Owoce Drogi

(Jr 1,17-19)
Pan skierował do mnie następujące słowa: Przepasz swoje biodra, wstań i mów wszystko, co ci rozkażę. Nie lękaj się ich, bym cię czasem nie napełnił lękiem przed nimi. A oto Ja czynię cię dzisiaj twierdzą warowną, kolumną żelazną i murem spiżowym przeciw całej ziemi, przeciw królom judzkim i ich przywódcom, ich kapłanom i ludowi tej ziemi. Będą walczyć przeciw tobie, ale nie zdołają cię [zwyciężyć], gdyż Ja jestem z tobą - wyrocznia Pana - by cię ochraniać.

Szukałam jakiejś inspiracji, która pomogłaby mi dostrzec owoce Drogi, którą przeszłam w ostatnim czasie. I uważam, że przytoczony powyżej fragment czytania z dzisiejszego dnia jest tutaj czymś doskonałym.
Camino de Santiago było dla mnie drogą nie do końca rozpoczętą, czy też zakończoną czymś jednoznacznym i konkretnym. Bynajmniej nie potrafię uznać tegorocznego Camino za coś oddzielnego, nie powiązanego z drogą przebytą w zeszłym roku. Jest to dla mnie jakaś ciągłość, kontynuacja, która umożliwiła mi dopiero teraz jakieś dopełnienie i zamknięcie pewnego bagażu problemów i myśli niesionych przez cały ten szmat czasu i kroków w kierunku Santiago de Compostella. Czy szłam o przebaczenie grzechów? O odpust zupełny? Czy może o oczyszczenie umysłu ze zbędnego balastu myśli i chaosu dnia codziennego? A może po prostu chciałam wyciszyć się, uspokoić, zatrzymać na chwilę w rzeczywistości całkowicie innej niż ta, w jakiej skręcam się i uwijam na codzień?

Myślę, że sponrtaniczną decyzję o podjęciu się Drogi podjęłam ze wszystkich tych powodów. I uważam, że był to jeden z najlepszych dokonanych przeze mnie życiowych wyborów.
Czego się nauczyłam?
Kilometry spokojnych kroków, oddechów i rytmu serca. Rozmowy. Modlitwa samym tylko poruszaniem się- modlitwa każdym ruchem, każdym krokiem, bólem pleców, czy stóp, wielbienie Boga - Stworzyciela każdym spojrzeniem oczu na świat i na Ludzi. Dobroć i zaufanie. Rozmowy, poznawanie, samotność.
To wszystko dało mi tak wiele, tak niezwykle.
Chciałabym podsumować wszystkie myśli, wszystkie przekonania, stwierdzenia, wszystko to czego nauczył mnie ten niezwykły czas.

Nauczyłam się czegoś o kobiecości.
Nauczyłam się o wyborach i podejmowaniu decyzji.
Nauczyłam się o życiu pełnią, przebaczeniu sobie i innym, chodzeniu własną drogą.
Nauczyłam się o nieplanowaniu z ufnością, nadzieją do ludzi.
Wielu rzeczy nauczyłam się sama.
Jeszcze więcej dowiedziałam się od innych.

-Kiedy myślisz, że jest już zbyt późno aby coś zrobić, jest to najlepszy moment, aby zacząć to robić.
-Trzeba zawsze wierzyć w ludzi i mówić im, że są w stanie zrobić to, czego pragną. Bez względu na to, jak bardzo nieprawdopodobne się to wydaje - trzeba wierzyć w to, że marzenia innych ludzi mogą się spełnić, mówić im że są w stanie pokonać siebie i zrobić coś czego pragną nawet jeżeli wewnętrznie się w to niedowierza.Nigdy nie można powiedzieć człowiekowi, że nie da rady zrobić czegoś o czym marzy!
-Pozwalać sobie na marzenia. Nic tak nie rozwija jak marzenia, nic tak nie uświadamia nam naszych najgłębszych pragnień. Nic nie uczy nas tego kim jesteśmy tak celnie jak to, o czym marzymy. Nie można bać się marzyć. Bo choćby się nawet nie spełniły, to jednak nie wolno pod żadnym pozorem ich w sobie zabijać czy też nawet nie dopuszczać ich do siebie z lęku o to, żeby zdruzgotane marzenia nas nie przygniotły. Tak na prawdę najbardziej przygniata człowieka brak marzeń. Muszę nauczyć się marzyć!
-Wyrzucić do rzeki, uczynić żeby nie istniało- tak mądry Japończyk postępuje kiedy drugi człowiek go zrani lub skrzywdzi. Przebaczenie to dla nich uczynienie rzeczywistości i relacji tak, jakby to co miało miejsce nigdy nie istniało.
-Kobiecość jest pięknem wynikającym z harmonii duszy i ciała kobiety, z pogodzenia się z tym kim jest i jaką rolę pełni jako kobieta. Piękno jest harmonią, harmonia jest pięknem.
-Jestem pięknym człowiekiem przez wartość, jaką w sobie noszę. Zabieganie o wygląd zewnętrzny jest jedynie kroplą w oceanie Człowieczeństwa, doświadczenia i pracy nad sobą. Noszę w sobie piękno nie do opisania nosząc w sobie bycie Ludzkim Człowiekiem, istotą czującą, słuchającą, łagodzącą i pouczającą. Będąc człowiekiem- słowem, człowiekiem- radą, człowiekiem uwrażliwiającym na otaczające piękno stworzenia. Jestem kobietą. To jest własnie moja definicja, właśnie tym chcę być, tym chcę zostać w przyszłości. A cały zawodowo - edukacyjny aspekt mojego życia jest jedynie minimalnym fragmentem tego kim jestem.
-Przyjęcie Jezusa Chrystusa w Eucharystii jest zaproszeniem Go do domu, do namiotu odrzuconej kobiety z proroctwa Ezechiela. Po hiszpańsku mówi się :"Panie nie jestem godzien abyś wszedł do mego domu, ale powiedz tylko słowo a będzie uzdrowiona dusza moja."
-Ufam ludziom. Ta ufność nie jest zła i naiwna. Jest naturalnym pragnieniem większości ludzi, jest czymś do czego powinno się dążyć. Pranę być takim człowiekiem, żeby ludzie którzy staną na mojej drodze mogli dzięki mnie uwierzyć, że są na świecie ludzie bezinteresowni i dobrzy, ludzie którym można zaufać. Na prawdę chcę taka być!
-Najtrudniejszym etapem w podjęciu się jakiegoś nieprzeciętnego zadania jest zdecydowanie się na to i uczynienie tej decyzji nieodwracalną. Każdy kolejny krok to już mało istotna konsekwencja podjętej decyzji.


To tylko część, kropla w morzu, ziarnko piasku na pustyni. Jedynie fragment, wycienek tego wszystkiego co mnie spotkało, dotknęło, co udało mi się zrozumieć. Jakieś minimalne, zarysowe podsumowanie, takie najwyraźniej widoczne, najdojrzalsze owoce spośród tych, jakie jak na razie wydało w moim życiu Camino. Jakie będą pozostałe? Nie wątpię ani przez moment, że będzie ich jeszcze wiele. Bo Camino się nie kończy. Ono po prostu nie potrafi się skończyć. To jest życie, takie życie w skróconej okrojonej formie życia. Ale życie w pełni. Jak kwiat wiśni - sakura.

poniedziałek, 1 sierpnia 2011

Z innej perspektywy

Ta sama sytuacja co w majowym poście, tylko opisana z innej perspektywy. Jezus po rozmnożeniu chleba, zanim odprawił tłumy, kazał uczniom wypłynąć na jezioro. Chciał w końcu zostać sam, rozważyć tajemnice śmierci Jana, przemyśleć wszystko to, co się stało. Chciał porozmawiać z Ojcem o tym wielkim cudzie jakiego dokonał, o tym ostatnim owocu śmierci Jana Chrzciciela. Rozmnożył chleb. Ci wszyscy zebrani ludzie, głodni i oczekujący a potem syci i gotowi obwołać Jezusa królem nie mają jeszcze pojęcia czego zapowiedzią był ten cud. Nie istnieje jeszcze dla nich analogia rozmnożenia chleba do niekończącego się dzielenia Ciała Chrystusa, którym karmieni są wszyscy i nigdy tego przenajświętrzego pokarmu nie zabraknie. To samo można odnieść do manny na pustyni, która izraelitów karmiła każdego dnia przez czterdzieści lat. Tęsknili oni za innymi pokarmami, buntowali się, ale ten pokarm był realny, absolutnie darmowy i stanowił dodatek do jakże cennej wolności.
Jezus poszedł się modlić na górę. Sam. Ciekawe co takiego jest w modlitwie na górze. Rozumiem, ze jest to swoisty symbol bliskości Boga i przebywania z nim w intymnej więzi, takiej rozmowy w cztery oczy z Najwyższym. W zasadzie to chciałabym kiedyś wyjść na wysoką górę i modlić się będąc tam całkiem samą. Może rzeczywiście możliwe jest wówczas nawiązanie z Bogiem lepszego kontaktu własnie dzięki temu poczuciu ludzkiej samotności i jednoczesnej obecności Boga. Na prawdę ciekawe...
Jezus się modlił, zaś apostołowie tymczasem płynęli łodzą. Zapadł zmrok. Łodzą miotały fale w tym czasie kiedy Jezus modlił się na górze. To trochę tak, jaby w tym konkretnym momencie uczniowie znaleźli się w jakiejś przestrzeni pozbawionej obecności Boga. Jezus modli się gdzieś w oddaleniu od uczniów, zostawił ich samych.
A potem przyszedł do apostołów na łodzi. Nie spodziewali się czegoś takiego, nikt by się nie spodziewał. Była 8 straż nocna. To znaczy że chyba już zapadła taka późna, zaawansowana noc. Gdybym była nocą na straży i zobaczyłabym postać idącą po jeziorze, to na prawdę bym się ogromnie wystraszyła. Myślę, że wpadłabym w panikę i wrzeszczałabym na całe gardło budząc wszystkich, którzy w tym czasie zdążyli smacznie usnąć. Na prawdę śmiertelnie bym się bała!
Uczniowie zachowali się dokładnie tak samo. Pomyśleli, ze widzą zjawę, przestraszyli się straszliwie i krzyknęli ze strachu.
Czasami jak byłam mała, to myślałam sobie, ze nie chciałabym aby ukazał mi się kiedykolwiek Jezus albo Maryja, albo jakikolwiek inny posłany Anioł. Bo bym się na pewno poważnie wystraszyła. I wtedy sobie myślałam, że nigdy nie będę osobą, która ma jakieś objawienia, bo bym się tego najnormalniej w świecie bała. W obecnej chwili nadal myślę, że pewnie bym się wystraszyła. Ale z drugiej strony, nawet Maryja zlękła się Archanioła Gabriela.
Jezus na ten cały lęk apostołów i jednocześnie na lęk ludzi, którym się w historii kościoła objawiał mówi: "Odwagi! Ja jestem, nie bójcie się!" Można to zapewnienie rozumieć na kilka sposobów. Ale wydaje mi się, że ponadczasowym jest rozumienie tego wezwania jako oświadczenia, że Bóg jest. Ja jestem to imię Boga. Jezus mówi więc: Odwagi! Bóg! Nie bójcie się! A więc nawołuje do odwagi, przypomina o istnieniu Boga i do tego, że w jedności z Bogiem człowiek niczego nie musi się bać. Bo Bóg jest.
Piotr nie rozpoznaje Chrystusa. Waha się czy jednak nie widzi zjawy i decyduje się to sprawdzić na swój ludzki sposób. Jeżeli to jest Bóg- dokona cudu. Jeżeli zjawa-nie stanie się nic nadzwyczajnego. Dlaczego akurat chodzenie po wodzie wymyślił Piotr? Nie mam pojęcia, zupełnie. Ale z całą pewnością Piotr wystawił Boga na próbę. A tak na prawdę, co potem zostaje widocznie pokazane, wystawił na próbę własną wiarę. Bo to siła jego wiary (tej samej która wielkości ziarnka gorczycy przenosi góry) prowadziła Piotra po wodzie ku Chrystusami. Ta scena bardzo wyraźnie ukazuje, że wiara może nas ku Chrystusowi prowadzić bardzo różnymi, często całkowicie abstrakcyjnymi ścieżkami. I zachwianie się wiary u każdego człowieka prowadzi do tego samego: "Panie ratuj mnie!" A wtedy Jezus w mgnieniu oka ratuje człowieka, ponieważ doskonale zdaje sobie sprawę z tego, że naszaa wiara podlega licznym ograniczeniom i jest jak tafla jeziora marszczona powiewem wiatru.
Piotr wychodzi do Jezusa. Innym razem Piotr wypływa do Jezusa nakładając na siebie uprzednio szatę. Wypływa do Niego dużo później, już po zmartwychwstaniu. Czy płynąc wówczas pamięta moment, gdy szedł po jeziorze? Piotr jest człowiekiem odważnym, człowiekiem, który wychodzi na przeciw Chrystusowi, choć nie zawsze rozpoznaje Go. Ale wychodzi mu na przeciw często nawet nie zastanawiając się w jaki sposób dotrzeć ma do Jezusa. On widzi tylko cel, nie bierze pod uwagę środków i ceny jaką może zapłacić za lekkomyśle dążenie do zjednoczenia z Chrystusem.
Ja również pragnę tak wypływać do Jezusa, podchodzić do Niego bez zastanowienia z pełną ufnością, bez względu na okoliczności.