piątek, 29 kwietnia 2011

Oby tak z martwych wstać!

"Oto Ja, twój Bóg, który dla ciebie stałem się twoim synem. Oto teraz mówię tobie i wszystkim, którzy będą twoimi synami, i moją władzą rozkazuje wszystkim, którzy są w okowach: Wyjdźcie! A tym, którzy są w ciemnościach, powiadam: Niech zajaśnieje wam światło! Tym którzy zaś zasnęli, rozkazuję: Powstańcie!

"Powstań, pójdźmy stąd! Niegdyś szatan wywiódł cię z rajskiej ziemi, Ja zaś wyprowadzę ciebie już nie do raju, lecz na tron niebiański. Zakazano Ci dostępu do drzewa będącego obrazem życia, ale Ja, który jestem życiem, oddaje się tobie. Przykazałem aniołom, aby cię strzeli tak, jak słudzy, teraz zaś sprawię,że będą ci oddawać część taką, jaką należy się Bogu. Gotowy jest już niebiański tron, w pogotowiu czekają słudzy, już wzniesiono salę godową, jedzenie zastawione, przyozdobione wieczne mieszkanie, skarby dóbr wiekuistych są otwarte, a królestwo niebieskie, przygotowane od założenia świata, już otwarte".

(Starożytna homilia na Święta i Wielką Sobotę)

czwartek, 14 kwietnia 2011

O przeraźliwym zasmuceniu, namiocie i zaślubinach. Od Izajasza.

I stoi taki namiocik wątły na pustyni, na uboczu w stosunku do innych namiotów koczowniczego ludu. Mały namiot o lekko wbitych palikach, żeby w każdej chwili można go było złożyć i usunąć się jeszcze bardziej na bok. Kto w nim mieszka? Smutna niezmiernie kobieta, żyjąca w przeświadczeniu, że Bóg ją opuścił. Wszyscy w około uważają, że zrobiła coś strasznego, że obraziła Boga tak ogromnie, że ją ukarał chyba w najgorszy sposób, w jaki tylko mógłby ukarać kobietę. A ona...ona nie wie co takiego zrobiła. Miała kiedyś męża. Kochała go bardzo, on ją. Byłby w stanie nieba jej przychylić, ale szczęście trwało krótko. Rok, drugi. Zrozumiał, że coś jest nie tak. Cała wioska szeptała, poradzili mu, żeby wziął sobie nową żonę, a ją oddalił. Nie ma się po co narażać na związek z kobietą przeklętą. I tak żyje, oddalona od społeczności, absolutnie samotna. Odwracają głowy gdy przechodzi ulicą, albo kilka słów zamienią, nieszczerze sympatyczni. Nie ma nikogo, komu mogłaby się zwierzyć, zupełnie nikogo. Przecież Bóg opuścił ją jako pierwszy. A teraz nagle, gdy siedzi przed namiotem, ktoś podszedł do niej, przekroczył granicę, której nigdy nikt nie przekracza, a jego pierwsze słowa to: "śpiewaj z radości." Ten człowiek o wszystkim wie, mówi "śpiewaj z radości niepłodna". Z radości. Ona już nawet nie pamięta jak się śpiewa. Śpiewaj ty, która nie rodziłaś. Wybuchnij weselem, ty której nigdy nie było dane cierpieć przy porodzie. Wybuchnij weselem! Nie- uciesz się, ale wyuchnij! Jak może wybuchnąć weselem człowiek, który nie ma w sobie nic, poza smutkiem? Musiała się bardzo zdziwić zupełną absurdalnością słów przybysza. Kto normalny powiedziałby: ciesz się ty, którą przeklął Bóg, ty którą wyklęli ludzie, która żyjesz w samotności i opuszczeniu. Wybuchnij radością, bo nigdy nie musiałaś cierpieć przynosząc na świat potomstwo. Myślę że z ciekawością wpatruje się w przybysza, zastanawia się, co też powie dalej. I on odzywa się znowu, tym razem powołując się na słowa samego Boga: "Bo liczniejsi są synowie porzuconej, niż synowie mającej męża." Co ona na to? W naszej kulturze popukałaby się w głowę. Przecież nie ma żadnego syna. Żadnego. Więc logiczne, że te, co mają mężów, te nieporzucone, mają więcej synów. Zupełne głupoty ten człowiek mówi. Ale słucha dalej. W końcu nieczęsto ktoś do niej przychodzi, a już nigdy nikt nie życzył jej szczęścia. A ten tutaj nakazuje jej niemalże cieszyć się. I co mówi dalej? Poleca jej rozłożyć bardziej namiot, tak żeby było w nim więcej przestrzeni, żeby mógł się w nim zmieścić ktoś jeszcze, ktoś poza nią. Musi rozciągnąć płutna namiotu, wydłużyć sznury, które go podtrzymują. Musi zrobić miejsce dla drugiego człowieka w swoim domu pełnym demonów samotności. Ma się nie krępować. Co z tego, że ludzie zobaczą, że ma gościa? Co z tego, że znowu będą o niej gadać? I tak mają ją w pogardzie, praktycznie nie istnieje dla nich. A kiedy już powiększyła namiot, przybysz mówi, aby wbiła mocno paliki. To musi być bardzo dziwne, kiedy pierwszy raz od tak dawna, rozstawiała namiot tak wielki i tak solidnie utwierdzony w ziemi. Teraz to już tak, jakby miał stać przez dłuższy czas, a nie tak jak zawsze, życie w tymczasowości, chociaż przecież żyła tak bardzo długo.
Przybysz chyba niemógłby powiedzieć bardziej pokrzepiających słów niż te, którymi zwraca się do kobiety. Bezpłodnej zapowiada potomstwo tak liczne i silne, że pod jego panowanie przejdą całe narody, a także zaludni opuszczone miasta. Miasta. Ona może nawet nigdy nie widziała prawdziwego miasta. Wie, że kiedyś mieszkali w nich ludzie, ale teraz miasta są opuszczone, a ona wraz z całym ludem przemieszcza się z miejsca na miejsce. Żyją w ciągłej niepewności jutra. Prorocwto ją trochę pewnie rozbawiło, wprowadziło jakieś ożywienie w monotonię i samotność życia, ale nie wierzy w ani jedno słowo. Dlaczego ma wierzyć komuś, kto mówi, że Bóg będzie jej błogosławił, skoro przez lata, a moze dziesiątki lat słuchała ludzi, którzy mówili coś całkowicie innego. Przecież jest przeklęta. Obraziła Boga. A ten tutaj po prostu postradał zmysły, albo nie wie do końca z kim ma doczynienia. Zdaje się jednak, że doskonale wie do kogo przyszedł. Mówi, aby się nie lękała. Całe życie drży ze strachu o jutrzejszy dzień. Bo nie ma nikogo, kto by się o nią zatroszczył. Co, jeżeli się rozchoruje? Przecież nikt jej nawet nie poda wody, gdy bez przytomności leżeć będzie w gorączce. A jeżeli zwichnie nogę i nie będzie mogła pójść po wodę? A gdy się zestarzeje? Co wtedy? Przybysz mówi "Nie lękaj się" ale słowa...to przecież tylko słowa. Ale mówi dalej "nie lękaj się, bo już się nie zawstydzisz." Ona już wie o tym, że bardziej już zawstydzić się nie może. Już spotkało ją w życiu to, co najgorsze. Zapomniała już nawet jak to wszystko wyglądało, bo przecież tak bardzo chciała zapomnieć. Ale stroniła od ludzi, stroni cały czas. Tłumaczy sobie, że dlatego, bo przecież to oni jej unikają. Ale słowa przybysza uświadamiają jej, że nie tylko to jest powodem. Ona się ich boi. Czuje lęk, że mogą ją skrzywdzić jeszcze bardziej, jeszcze silniej zawstydzić; a tego by już nie zniosła. Dlatego sama się usuwa, niejako z własnej woli żyje w oddaleniu, tak, jakby wcale nie istniała. Przybysz mówi: "nie wstydź się, bo już nie doznasz pohańbienia." Ale skąd on to może wiedzieć? Czy przemawia przez niego Bóg? A może jakiś zdziecinniały porostu jest, próbuje wszystkich ludzi na świecie uszczęśliwić, pocieszyć. Kto wie... Ona żyje w ciągłym pohańbieniu, w ciągłym wstydzie. To jest coś, czym w pewnym sensie sama się już stała. Jest chodzącym, oddychającym, żyjącym wstydem i pochańbieniem. Tak o sobie myśli, tak siebie postrzega. Bo potrafi już teraz patrzeć jedynie oczami innych ludzi. Jakby nie miała swoich własnych. Przybysz patrzy na nią i zapewnia, że zapomni o wstydzie swojej młodości. Że zapomni o tym, co ją zniszczyło, a jednocześnie ukształtowało. Że to po prostu przeminie i zostanie wymazane z jej pamięci jak jakieś błahe, nic nie znaczące wydarzenie. Czy to w ogóle możliwe? A to że już nigdy nie wspomni hańby swojego wdowieństwa? Już nigdy nie będzie myślała o tym co się stało, jak było? Ale niby jak to się stanie? I dlaczego miałoby się wszystko tak zmienić? Dlaczego?
"Bo małżonkiem twoim jest twój Stworzyciel, któremu na imię-Pan Zastępów. Odkupicielem twoim-Święty Izraela, nazywają Go Bogiem całej ziemi." To jest Ten, który przygarnia wdowę, Ten który nie odwraca się od człowieka, nawet wówczas gdy wszyscy ludzie się odwrócą. I nie dość, ze się nie odwraca, bo to jest niczym, w porównaniu z tym, co czyni Bóg. On poślubia opuszczoną kobietę, tą która sprzeciwiła się Jego woli, zrobiła coś okropnego, albo też cierpiała niesłusznie. Nie można sobie wyobrazić wspanialszego męża. Nikogo ponad Nim nie ma. I właśnie Pan wzywa porzuconą i zgnębioną na duchu niewiastę. I każdego tak samo jak nią wzywa do radości i wesela. Z każdym człowiekiem chce tworzyć jedność tak intymną jak małżeństwo. Każdemu człowiekowi nakazuje nie lękać sie już wiecej, podnieść wysoko głowę i nie bać się pohańbienia. Bo On jest odkupicielem, On przygarnia z ogromną miłością każdego z nas, nawet gdy porzucił nas na chwilę, po to abyśmy mogli stać się pokornymi, takimi z jakich później powstanie najlepsza wersja naszego człowieczeństwa. On lituje się nad nami w Swojej wieczystej i nieskończonej Miłości, kiedy my już jesteśmy na skraju szaleństwa czy depresji, bo nie widzimy jego oblicza. Bóg przysięga, że nigdy nie rozzłości się na człowieka, nigdy nie rozzłości się na mnie, nigdy mnie nie zgromi. Nigdy. Bo góry mogą ustąpić i pagórki się zachwiać, ale Jego miłość nie odstąpi ode mnie. Nie zachwieje się przymierze pokoju, które Pan ze mną zawarł. Bo On ma nade mną litość. Ma litość nad niepłodną kobietą, nad największym grzesznikiem, ma litość nad najbardziej zdeprawowanym człowiekiem. Bo Bóg nie umie nie kochać, ponieważ zaprzeczałby wówczas swojej własnej istocie. Bo On Jest Miłością. I każda Miłość od Niego pochodzi. A zdolność do Miłości i pragnienie Miłości, jest tym podobieństwem do Pana, które każdy człowiek w sobie nosi. I ta Jego Miłość nie odstąpi. Nie odstąpi! Nigdy! Bo czy widział ktoś żeby ustępowały góry, żeby chwiały się pagórki? Zdarza się. Nieczęsto, ale zdarza się. Ale choćby nawet zdarzyło się coś takiego, że zachwieją się pagórki, że góry się zapadną, albo runą tak, że nie będzie po nich śladu, to Jego miłość się nie zmieni. Bo On Jest. Jest. Miłością.